SHIBALBA – Psychostasis – Death Of Khat (Agonia)

Nigdy nie byłem i chyba już nie będę fanem ambientu. Na dłuższą metę jest to gatunek, który raczej mnie nudzi – zwłaszcza na żywo nie ma nawet cienia szansy, żebym się przekonał. Taki ze mnie zatwardziały kuc i koniec. Moja tolerancja kończy się właściwie tylko na stosowaniu pewnych elementów tego stylu, nawet dość wyraźnych – chociażby tak, jak robią to Godspeed You! Black Emperor – natomiast na dłuższą metę ta muzyka strasznie mi obojętnieje. Być może, a wręcz na pewno za mało się wgłębiałem, za mało szukałem, ale z drugiej strony czasu mamy na tyle mało, że chyba szkoda go na słuchanie muzyki, której atrakcyjność jest dla nas znikoma? Pewne zainteresowanie – choć krótkie – wzbudził u mnie Lustmord, nieco więcej czasu poświęciłem na niemal post-rockowe w swym wydźwięku Eluvium czy Hammock, liznąłem ambientowe albumy Coil, natrafiałem, czasami zupełnie przypadkowo, na inne mniej lub bardziej znane projekty. Generalnie jednak tym przydługim wstępem chcę Wam powiedzieć, że ni ch… nie mam pojęcia o tej muzyce, o takiej nazwie jak Shibalba słyszę pierwszy raz w życiu, a ta „recenzja” powstała tylko dlatego, że Naczelny wkręcił mi, że to drone’y. Bezczelnie, nie powiem, ale czy żałuję? Wcale niekoniecznie…

„Psychostasis – Death Of Khat” raczej nie zmieni mojego ogólnego, dość niechętnego nastawienia dla tego typu muzyki. Mimo to przebrnięcie przez trzeci album Shibalba nie było wcale aż tak męczące, jak mogłoby się wydawać. Ów grecki projekt lawiruje na granicach ritual ambientu i martial industrialu – czyli gatunków, od których normalnie spieprzałbym jak najdalej. Jest jednak w tej muzyce sporo tajemnicy, swego rodzaju grozy, która intryguje i mąci spokój. Takie utwory, jak tytułowy czy mantryczny, bardzo szamański „Naljorpa”, bez trudu wytrącają z myśli i miast płynąć gdzieś w tle – jak zazwyczaj mam z ambientem – pochłaniają w całości. Podobne odczucia pojawiały się wtedy, gdy Shibalba zbliżała się do stylu Dead Can Dance, w podobny sposób – choć oczywiście bez partii wokalnych na miarę Lisy Gerrard – eksplorując pogranicza world music. Dzieje się tak na przykład w spokojniejszym, bardziej zadumanym „Reanimation Of Akh”. Generalnie te chwile, gdy duet nie krąży tak szczelnie w ramach swojego gatunku są dla mnie najciekawsze, najbardziej intrygujące i paradoksalnie to one sprawiają, że „Psychostasis – Death Of Khat” ma w sobie aż tyle mroku i tajemnicy. Reszta, hm… No cóż, klasyka gatunku.S

Krótko mówiąc, cieszy, że Shibalba otwarta jest na pewien mariaż z innymi stylami, dorzucając do swojego rytuału kilka nieco mniej oczywistych rozwiązań. Unosząca się nad całością atmosfera uczestnictwa w jakimś obrzędzie jest dzięki temu nawet nie tyle mocniej podkreślona, co wręcz nabiera jakiegoś fizycznego charakteru, a samo obcowanie z trzecim album Shibalba staje się jakby bardziej namacalne. Okej, to wciąż – tak jak wspominałem – nie jest krążek, który bardziej przekonałby mnie do gatunku jako takiego, jednak jego pierwotność i aura działają na mnie mocniej, niż większość podobnych stylistycznie rzeczy, które do tej pory słyszałem.

Nie znaczy to jednak, że obok Shibalba nie stoją dużo lepsze albumy. Nie wiem, nie moja piaskownica, nie moje grabki. Mimo to mam nadzieję, że pomogłem.

Michał Fryga

Trzy i pół