SHE SAID DESTROY – Bleeding Fiction (Mas-Kina Recording)

She Said Destroy nie jest zespołem z pierwszych stron gazet. Nic nie wskazuje na to, że ma szansę na wielką karierę, bo skoro od 2003 roku nic się nie udało, lepiej nie będzie. Co nie zmienia faktu, że pozbawiony złudzeń, zespół dryfuje w coraz ciekawsze rejony. Co dla jednych będzie interesujące a dla innych aktualnie realizowany rozbrat z metalem może być nie do zaakceptowania.

Nowa ep – ka zespołu to jeden 26 – minutowy kolos. Historia zna wiele takich przypadków, kiedy muzycy zdecydowali się eksperymentować zarówno z własną muzyką jak i cierpliwością fanów. Czasami ma to sens czasami nie, na szczęście She Said Destroy gra z niesamowitym wyczuciem. Zespół fajnie ewoluuje, bo o ile debiutancki album przynosił same mocne dźwięki, o tyle już druga płyta „This City Speaks In Tongues” zdradzała chęć opuszczenia stricte metalowego poletka. Tym razem nie ma skrupułów. Rozbudowany aranż „Bleeding Fiction” pozawala grupie poruszać się we wszystkich, możliwych kierunkach. Jest wiec troszkę metalu, ale w wielu miejscach grupa bawi się akustycznymi brzmieniami (gdzieś w 12 minucie…), skłaniając się do wysublimowanej, post rockowej ornamentyki (5 minuta), by zakończyć suitę potężnym, wolnym, doom metalowym atakiem. Pojawiają się nietypowe instrumenty, rytmika ewoluuje od mocnego tąpnięcia do lekkiego szkicowania drive’u. W tych mocniejszych fragmentach zespół nie boi się korzystać z growlingu, zawadiacko przechodząc od ciszy do masywnego, czasami nieźle pokręconego (9 minuta…) hałasu. Nasuwa mi się pytanie, czy grupa ma zamiar wykorzystać na koncertach cały kawałek czy tylko fragmenty, bo układ aranżacyjny umożliwia zarówno jedną jak i drugą opcję. Taki eklektyzm XXI wieku – widać, że zespół nie chce zasklepiać się w jedne szufladce.

Cóż, na dzień dzisiejszy widzę „Bleeding…” jako kokon, z którego prędzej czy później wyłoni sie zespół, który metalową przaśność zostawi daleko w tyle, bo i aspiracje i możliwości ma spore. Być może opisywana tu ep-ka nie przynosi niczego, czego nie słyszelibyśmy już na płytach formacji, którymi inspiruje się She Said Destroy, jednak, zważywszy na fakt, że muzycy mogli przecież nadal tłuc swój death/thrash, należy się im szacunek, połączony z wyczekiwaniem na kolejny album, który przyniesie – jestem o tym przekonany – jeszcze odleglejszą od typowego hałasu, skończoną stylistycznie muzykę.

 

Arek Lerch