SHAME – Songs Of Praise

Głośno było o Shame w ostatnich tygodniach. Największe objawienie początku roku? Chyba tak, chociaż nie jest to grupa, która na londyńskiej scenie pojawiła się wczoraj. Niemniej jednak media (zwłaszcza brytyjskie) rozpływają się w komplementach na temat zespołu – magazyn DIY daje „Songs Of Praise” najwyższą możliwą ocenę (5/5), podobnie NME oraz Record Collector, natomiast The Guardian nazywa ich Britain’s most exciting new band. Nastroje tonuje jedynie amerykański Pitchfork, który wystawia 7,5. Czy rzeczywiście jest się czym zachwycać?

Dawno żaden brytyjski, post-punkowy zespół nie spotkał się na Wyspach (i nie tylko) z tak entuzjastyczną reakcją. Wydany w zeszłym roku kapitalny krążek Idles został zauważony i doceniony, ale tzw. „hajp” był dużo mniejszy; podobnie było z ostatnim albumem Sleaford Mods czy bardzo udanym debiutem Snapped Ankles. Co takiego ma Shame czego nie mają inne zespoły? Czy ci wszyscy krytycy aby troszeczkę nie przesadzają?

Sam do miana krytyka nawet nie aspiruję, ale generalnie ich w tych zachwytach rozumiem. Shame nie wymyślają koła na nowo, momentami są nawet mocno odtwórczy, ale niewątpliwie wiedzą, za którą strunę sentymentu szarpnąć. To chłodny, bardzo surowy i do cna brytyjski post-punk – Gang Of Four nie jest złym skojarzeniem. Zachwyca Charlie Steen (nie mylić z Sheenem, nieco bardziej niegrzecznym), potrafiący zarówno w melorecytacje, przysłowiowe darcie mordy, jak i… ładny śpiew – bo i wpadających w ucho melodii jest tutaj pod dostatkiem. Może podobać się także ten apokaliptyczny klimat, trochę w stylu debiutanckiego krążka Beastmilk oraz natarczywa, napędzająca wszystko motoryka, która aż pulsuje testosteronem. W zasadzie poza kończącym album „Angie” panowie nie pozwalają na jakiekolwiek wątpliwości co do prawdziwości wizerunku młodych, gniewnych i szalonych Angoli. Shame band

Tyle mówi się teraz o tym post-punku, że taki w modzie, że wszyscy go grają, ale okazuje się, że wystarczy być takim Shame i grać muzykę oczywistą, z nieoczywistą, iście punkową werwą i można roznieść konkurencję na łopatki. No dobra, trochę za dużo powiedziane – niemniej jednak „Songs Of Praise” to jeden z najlepszych debiutów ostatnich lat w tej stylistyce. I pozostaje tylko pytanie: co dalej? Viet Cong rozpoczął równie dobrze, chyba nawet lepiej, ale na drugim krążku nie doskoczył do wysoko postawionej poprzeczki; ba, nawet jej nie zahaczył. Osobiście widziałbym Shame idących w totalny, zimny post-punk – jeszcze więcej mechaniki, mniej indie fragmentów (bo i takowe się tutaj pojawiają), i trochę więcej szaleństwa. Zrobią, jak będą chcieli – tak czy owak, warto ich śledzić.

Paweł Drabarek

Pięć i pół