SERPENTIA – The Day In The Year of Candles (Recession Records)

Długo kazała czekać na swój nowy album krakowska Serpentia. Poprzedni krążek ukazał się w 2004 roku. Od tego czasu sporo się zmieniło w polskiej i światowej muzyce. Także dzisiejsza Serpentia to twór zdecydowanie inny. A czy lepszy – to musicie już uznać sami. Zapewniam jednak, że warto, bo zespół nadal pozostaje intrygującym punktem na poletku krajowego ( to akurat nie jest do końca prawdą…) metalu.

Muzykę porównać można do budowy. Jest szkielet, który ma swoje najmocniejsze punkty, jest wreszcie wypełnienie, które stanowi o trwałości konstrukcji. W przypadku nowego albumu „The Day In The Year of Candles ” szkielet ma kilka newralgicznych punktów, dzięki którym płytę łatwo zapamiętamy. Dla mnie  są nimi otwierające krążek ”On the Wings of Destiny” i „Proclamation of Tragedy”, które pokazują w pigułce dzisiejsze fascynacje zespołu, rozciągające się między nowoczesnym metalem a niemal gotyckim klimatem, choć ten ostatni jest tylko przyprawą, dodającą niesamowitego smaku ciężkim w gruncie rzeczy, ale ciekawie rozbudowanym kompozycjom. Drugim, jasnym punktem jest zamykający krążek niesamowity, uduchowiony „Psalm Bezskrzydły” z niemal filmowym klimatem i dramatycznym monologiem (gościnnie Krzysztof Globisz…), w dodatku w języku polskim, pokazującym grupę z zupełnie innej strony. A w środku jest jeszcze „Pain No More” z otwierającą go partią wokalną, którą puszczam sobie przynajmniej raz dziennie dla poprawy humoru. Powiedzcie mi tylko, złośliwcy – dlaczego jest tak krótka?! Dlaczego pojawia się tylko na początku…

Powyższy szkielet został uzupełniony utworami, budującymi solidny obraz poszukującego i wrażliwego zespołu. Słychać, że muzycy są nieco rozerwani między death metalową przeszłością (kłania się „Nails Enigma”), nowoczesnymi riffami a  – przepraszam za porównanie – romantyzmem. I właśnie ta wewnętrzna walka powoduje, że płyty dobrze słucha, bo cały czas coś zaskakuje. Czasami będzie to mocarne, death’owe nawalanie w „Hole In the Soul”, gdzie metal śmierci podaje rękę doom’owej apokalipsie czy wręcz śmierdzące black metalem „Thorns from Savior’s Crown” (dobra robota instrumentów klawiszowych!), w innym miejscu zespół atakuje progresywnymi rozwiązaniami aranżacji w „For the All Reasons”, gdzie jest i chillout’owe wejście, kapitalny riff prowadzący, wciągający klimat i nieparzysty, wyłamujący się z całości refren. Skoro przy refrenach jesteśmy, warto zwrócić uwagę na chorus w „Death is my only Friend”, którego nie powstydziłby się sam Peter Steele.  W każdej sekundzie płyty słychać niesamowitą pracę, jaka została wykonana i wrażliwość muzyków. Pokusiłbym się o słowo „dojrzałość”, choć brzmi ono w kontekście bądź co bądź metalowej płyty zbyt pretensjonalnie…

Serpentia na „The Day In The Year of Candles” nie wymyśla prochu i na pewno nie przeciera nowych, muzycznych szlaków. Porusza się za to po bardzo śliskim i zdradliwym terenie, na którym wyłożyło się już wielu krajowych muzykantów. Niestety, polska tradycja łączenia ciężkiego riffu z melodią i klimatem jest  dla mnie ciężkostrawna, bo zazwyczaj próby te są zbyt przesłodzone albo nieudolne kompozycyjnie. Serpentia z gracją owe pułapki omija, proponując muzykę bardzo zrównoważoną, dobrze skomponowaną i nade wszystko „słuchalną”. Nie ma tu – na szczęście – niczego, co mogłoby mnie zażenować. Jest powaga a kiedy trzeba, mocne, męskie przyłożenie i zdolność do fajnego łączenia często nieprzystających do siebie pomysłów. W dodatku zespół pokusił się o ujęcie muzyki w koncepcyjną klamrę, opowiadając historię z pogranicza świata zwykłych śmiertelników i rewolucji, rozgrywającej się w… niebie. Warto się w nią wgryźć, bo choć śmierdzi herezją na kilometr to wolę takie, poetyckie rozważania niż przerysowane darcie wiadomych ksiąg.

Serpentia po kilku latach absencji powraca odmieniona i nowym pomysłem na siebie. Na szczęście, muzycy zamiast bajania o tym, co chcą zrobić i jakie ciuchy czy maski będą odpowiednie na scenę, po prostu bez większych fajerwerków dają nam do rąk świetną, dopracowaną płytę. I o to w tej bajce chyba chodzi…

Arek Lerch 5