SERPENT COLUMN – Ornuthi Thalassa

Właściwie od początku „Ornuthi Thalassa” słychać, że to dziecko sceny USBM. Nie za bardzo wiem z czego to wynika, ale Amerykanom udało się stworzyć coś na kształt rozpoznawalnego brzmienia. Nawet jeśli poszczególne wydawnictwa dość znacznie różnią się stylistycznie, spaja je jakiś wspólny pierwiastek. Powiedziałbym, że to swoista nieoczywistość, wynikająca często z łączenia skrajnie ortodoksyjnego, typowo podziemnego podejścia z nowocześniejszym, poszukującym obliczem tej muzyki, co – zamiast urodzić karłowatego potworka – skutkuje z reguły całkiem intrygującym mezaliansem. Być może chodzi jednak po prostu o zwykłą świeżość, bowiem większość amerykańskich płyt, które robią na mnie wrażenie, to albumy debiutanckie. Tak było w zeszłym roku, gdy zasłuchiwałem się w potężnie brzmiącej „My Bones Hold a Stillness” VRTRA, tak jest również w przypadku pierwszego krążka Serpent Column.

„Ornuthi Thalassa” stoi gdzieś na skrzyżowaniu Deathspell Omega a prostego, żeby nie powiedzieć prostackiego, death metalowego wpierdolu. Amerykański duet oferuje podobnie dysharmoniczne, kanciaste riffy co Francuzi, ale nadaje im nieporównywalnie więcej dynamiki. Perkusyjne popisy nie są w tym przypadku celem same w sobie, nie tworzą też aż tak gęstej plątaniny, ale uczucie zmęczenia i intensywności jest mniej więcej podobne. Swoją drogą, partie bębnów to niemal temat na osobny tekst – kryjący się pod pseudonimem Maya facet gra tak, jakby miał prawie czterdziestominutową solówkę, nie gubiąc przy tym nawet na chwilę tego, co najważniejsze – zwierzęcej wręcz dynamiki. No i brzmienie bębnów… Bajka, zwłaszcza wybijające się, siekące po uszach tomy.SC

Debiut Serpent Column to zatem bardzo intensywne przeżycie, z jedną tylko przerwą w postaci dwuminutowego, akustycznego „Theasis”. Oprócz tego to ponad pół godziny nieustannej chłosty i bluźnierstwa. Amerykanie właściwie nie zwalniają; czasem pędzą wręcz na thrashową modłę („Biogony I” czy druga połowa „Feldweg”), czasem stawiają gęste zasieki z podwójnej stopy i cholernego ciężaru („Men of the Polis”). Nigdy jednak nie brakuje dwóch rzeczy – tak, jak już mówiłem dynamiki, ale też pomysłów na riffy. Może i black metal to nie jest gatunek muzyki, gdzie riffowanie miałoby aż tak wielkie znaczenie, ale w przypadku Serpent Column postarano się, by było to coś więcej niż trzy tremola na krzyż.

Na „Ornuthi Thalassa” warto zwrócić uwagę, zwłaszcza, jeśli męczy Was stawianie black metalu do rangi intelektualnego przeżycia. Serpent Column, nawet jeśli unikają prostactwa, nie próbują na siłę windować swojej muzyki do miejsc, gdzie nie pasuje. Chłopaki wiedzą, że grają metal i nie zapominają, czym tak naprawdę metal ma się charakteryzować.

Fajna ta Ameryka.

Michał Fryga

Cztery i pół