SENSELESS – Respect Few – Fear One (Spook Records)

Wśród hardcore’owych zespołów można wyróżnić te, które starają się dodać do tej muzyki coś od siebie i tych, którzy ową stylistykę traktują jak nienaruszalny kanon. Jakkolwiek by nie patrzeć na takie podejście, często lepiej słuchać tych ortodoksyjnych kapel niż zespołów, które do końca nie wiedzą dokąd podążają.

Senseless to przykład zespołu ściśle związanego ze sceną i czerpiącego z niej siłę. W zasadzie nie ma sensu specjalnie się rozwodzić na temat tego, co gra Senseless, bo jest to muzyka zdecydowanie jednowymiarowa, mająca do zaoferowania głównie mocarny, bezpardonowy kopniak w krocze, który w kontekscie pochodzenia zespołu (Grecja) nabiera dodatkowego, niemal politycznego wymiaru.
Z drugiej strony zespół postanowił dość odważnie podejść do preferowanej stylistyki i w ramach ograniczonych możliwości dokonał połączenia dość karkołomnego – na swojej płycie doprowadził do fuzji metalcore’a z nowojorskim hardcorem (nie chce mi się nadużywać określenia beatdown…). Niby to samo? Nie do końca, wystarczy zwrócić uwagę na pracę instrumentów i sposób aranżowania kawałków. Z jednej strony mamy tu pełno miażdżących, absolutnie „czołgowych” dołów, gdzieś tam kojarzących się z Born Form Pain, ale także z niektórymi, nowojorskimi kapelami („Pay No Respect”, „Cruel Truth”), tu i ówdzie zabrzmi Xibalba („Reality Check”, „Dedicated”), ale obok podwójnej, tłukącej stopy są także typowe, hardcore’owe przyspieszenia („Never Forgive”). Mieszając hc – galopady, dołujące breakdowny i typowe unisona podwójnej stopy z gitarą rytmiczną, Senseless pokazuje, że wcale nie jest taki bez sensu. Aranżacje, jakkolwiek by nie były oczywiste, powodują, że w sumie płyty nie słucha się źle. Szkoda tylko, że na malutki eksperyment brzmieniowy pozwolili sobie tylko raz, w   „All About Betrayal” – nie wiem czy to wypadek przy pracy, czy po prostu nie chcieli za bardzo zakłócać swojego wizerunku.   Szkoda, bo to najciekawszy kawałek na płycie.

Podsumowując – Senseless nagrał klasycznie hc/metalcore’ową płytę, na szczęście, bez szwedzkich zapędów, z amerykańską siłą, europejskim, zdartym wokalem i… grecką złością. Dają radę i pewnie na koncertach są całkiem nieźle przyjmowani. Bez specjalnego entuzjazmu, ale też bez wyrzutów sumienia daję im czwóreczkę. Na zachętę, żeby się wykaraskali z kryzysu i znowu mogli celebrować swoje sjesty…

Arek Lerch