SEDNO SPRAWY – Teraz Polska

W myśl hasła dobre bo polskie, tym razem kilka nowych odsłon rocka nad Wisłą. Komercyjnego, jazzowatego, metalizującego. Zawsze godnego uwagi… choć nie zawsze tak dobrego jakby człowiek chciał. Kondycja naszej gitarowej sceny rozpina się między starymi, wciąż aktywnymi wyjadaczami i młodymi, głodnymi sławy wilczkami. Jak wypada ta rywalizacja? Cóż, starzy nie rdzewieją, ale trudno nie dostrzec, że świeżość i otwarcie na nowe pomysły jest tu zdecydowanie elementem przechylającym szalę w jedną stronę. Zatem czas na rywalizację: trochę muzyki środka za sprawą niezatapialnych Wilków i Lady Pank przeciw energetycznej Luxtorpedzie i zjawiskowemu Jazzombie… Gong!

LUXTORPEDAMy Was Wy Nas (Stage Diving Club/Universal) Na pierwszy ogień idzie Luxtorpeda, która dorobiła się czwartego krążka i estymy jednego z najlepszych – jeśli nie najlepszego – zespołu koncertowego w Polsce. Nie tylko wśród kleryków. Taki mały żarcik, bo przecież udało się zespołowi Litzy – mimo ewidentnie kaznodziejskiego zacięcia – zaistnieć w szerokim świecie biznesu i to do tego stopnia, że muzycy mogli porzucić pozamuzyczne zajęcia, by żyć jedynie ze swojej ukochanej profesji. A to duża sztuka i trzeba mieć niezłe samozaparcie – i pomoc „z góry” – żeby się nie wywrócić. I tu składam małą samokrytykę. Po wydaniu debiutu dawałem Luxom jeszcze jedną płytę, potem pojawiła się trzecia A morał z tej historii mógłby być taki, mimo, że cukrowe to jednak buraki i… przestałem się nad tym zastanawiać. Nowa płyta jest udokumentowaniem klasy zespołu, który ponownie nie zamierza niczego wyważać, niczego udowadniać, raczej skupia się na tym, co potrafi najlepiej – łoi soczyste riffy, coraz lepiej śpiewa (duet Litza – Hans w rewelacyjnej formie) i figlarnie umyka jakimkolwiek nowinkom, chyba że za takową uznać np. numer tytułowy, zaśpiewany a capella z towarzyszeniem fanów zespołu. Na czwartej płycie wspomniane umykanie przed nowościami zaczyna być może i ryzykowne, ale nadal można im wiele wybaczyć, a to za sprawą dużej dozy szczerości i – co jest wśród rockmanów z takim stażem nadal zaskakujące – zaraźliwego entuzjazmu. Wprawdzie na zakończenie pojawiły się nieco odmienne w konstrukcji songi („Dziury po ospie” z psychodelicznymi oddechami czy miejscami bardzo spokojny „Imago”), ale główny składnik pozostał taki sam – mocny, soczysty riff, czasami przełamywany lekko funkowym drajwem („Silnalina”, „Sódme”) i tekst, który jednego natchnie a innego wkurzy. Zmieniło się nieco brzmienie, dzisiaj bardziej koncertowe, tłuste i mocne, jest wreszcie znakomita i pomysłowa okładka, która mile zaskakuje, w porównaniu do „Buraków”… Zastanawiam się nad tym, jaki mam dzisiaj stosunek do zespołu, czy faktycznie najczęściej będę wracał jednak do debiutu, czy może do Robaków, bo choć Litza twierdzi, że te starsze płyty go meczą, to właśnie tam znajdywałem dla siebie więcej rzeczy. Choć oczywiście, nie zmienia to faktu, że zespół trzyma wysoko gardę, jest zgrany jak nigdy i pędzi do przodu. A ja tylko z tyłu tak cichutko pytam się: „co dalej?„…

WILKIPrzez dziewczyny (Sony) Wilki goszczą na naszych łamach po raz pierwszy. I jak mniemam ostatni, bo następna płyta ukaże się pewnie za parę lat, kiedy Violence będzie przeszłością. Tak czy inaczej, jest nowa płyta formacji Gawlińskiego jakimś tam symptomatycznym dla polskiego pop rocka wydarzeniem, pokazującym, w jakiej kondycji znajdują się nienajmłodsze już gwiazdy. Robert Gawliński ma kilka atutów, dzięki którym utrzymuje się cały czas na fali. Po pierwsze żona – managerka, która przy nim trwa, pomaga i pewnie nie raz stawiała do pionu. A teraz dodatkowo napisała też sporo tekstów na nową płytę (choć nie wiem, czy tu akurat jest powód do zadowolenia…). Kolejny atut to syn Beniamin, który znalazł się w składzie grupy, wyraźnie odświeżając jej, hmmm, wizerunek (ma to szczęście – w odróżnieniu od wielu równie utalentowanych rówieśników – nosić takie a nie inne nazwisko…). Ma też Gawliński w składzie świetnego pałkera Huberta Gasiula (znanego chociażby ze składu Ani Rusowicz, żony zresztą…) no i powrócił syn marnotrawny, czyli basista Marcin Ciempiel. Przy takim składzie i talencie – to kolejny ze wspomnianych atutów – do sypania wpadającymi w łeb melodiami, nie mogło się nie udać. Aaaa, jest jeszcze jedna sprawa – mianowicie, trzeba się uwolnić od demonów zwących się depresjami. Ponoć na takowe Robert cierpiał, ale się udało i jest wesoło. Jeśli ktoś wątpi, że Gaweł przeszedł metamorfozę, może posłuchać płyty. Faktycznie, tak wesołego, optymistycznego materiału nie miały Wilki chyba nigdy. W zasadzie każdy wałek to pogodny, pop rockowy hit, z naciskiem na „Kocham bo nienawidzę”. Gawliński popisuje się piekielną zdolnością do układania refrenów, które nucić będą starzy i młodzi. Z drugiej strony –  nie łudźmy się, takiego natchnienia, jakie emanowało z debiutu czy „Przedmieść” raczej tu nie znajdziemy. Choć w zamian zespół oferuje parę mocnych rzeczy, np. niezłego rockersa „Na warszawskich ulicach” czy zaskakujące jak na ten skład, psychodeliczne rozwinięcie w „Ona tam jest”. Gawliński momentami zachowuje się tak, jakby chciał wszystkim wyznać, jak bardzo innym jest dzisiaj człowiekiem („Stać się innym”), ale z anglojęzycznych kawałków mógłby zrezygnować, bo są tu niepotrzebnym dodatkiem. I wcale nie dlatego, że przekazuje jakieś super ważne treści, bo tego tu nie znajdziecie. To raczej niby dowcipne przemyślenia o kontaktach damsko-męskich, czyli… nuda. Płyta Wilków pokazuje w jaki sposób można wziąć głębszy oddech i nie zbłaźnić się. Gawlińskiemu się to udało, bo chyba pierwszy raz od czasów „Baśki” (to był 2002 rok!!) nagrał coś i lekkostrawnego i nie drażniącego. Świata nie zmieni, debiutu nie przeskoczy, ale może liczyć, że jakiś nieznany mu Lerch, jadąc latem na Mazury włączy w aucie jego płytę, żeby nie zasnąć.kol

LADY PANKMiłość i władza (Universal) No i czas na krajowych panków, co od 35 lat bawią i żenują starych tudzież młodych. Jestem tak leciwy, że pamiętam, kiedy w radiu leciał hit „Fabryka małp”, który mnie denerwował, bo nie wiedziałem o co chodzi z tym zakładem  produkującym sympatyczne skądinąd zwierzątka. Dzisiaj Lady Pank to zespół po przejściach, który zahibernował się na pewnym poziomie mentalno – fizjologicznym i trwa na przekór ogólnym tendencjom do umieralności rodaków. Choć teoretycznie, Panasewicz i Borysewicz przeżyli w swoim życiu tyle co cała populacja średniego miasta w Polsce. Zatem, doświadczone z nich herbatniki, które tym razem zaliczyły, niestety, mocne potknięcie. Z jednej strony można się cieszyć, że zespół przygotował jednoznacznie rockowy materiał, co może być próbą rehabilitacji Borysewicza, po strasznym – daruję sobie większe inwektywy, bo zrobili to lepsi ode mnie – albumie nagranym z panem Brzozowskim. Niestety, pojawiające się tu i ówdzie sugestie, że to powrót do korzeni, robią zespołowi raczej krzywdę. Jakiś czas temu zrobiłem mały eksperyment – posłuchałem debiutanckiego longa LP pod kątem pracy poszczególnych instrumentów. I wyszedłem z tego doświadczenia z „koparą” stukającą o podłogę. Pod względem instrumentalnym to było mistrzostwo, z naciskiem na partie basu i gitary. A jeśli połączyć to z faktem, że niemal każda kompozycja stała się przebojem, otrzymujemy jeden z najważniejszych dla polskiego rocka albumów, obiektywnie rzecz ujmując. Przy tym krążku „Miłość i władza” wypada pod każdym względem biednie. Denerwuje zwłaszcza utrzymanie wszystkich kawałków w jednym, średnim, męczącym na dłuższą metę tempie. Nie rozumiem, jak można było zarejestrować tak banalne podkłady sekcji rytmicznej mając w składzie uznanych wyjadaczy Jabłońskiego i Kieliszkiewicza?! Borysewicz, choć gitarzystą pozostaje znakomitym, nawet jeśli bardzo chciał, nie skomponował też szczególnie porywających, pop rockowych hiciorów, co np. udało się opisywanym gdzieś wyżej Wilkom. Ot, jest przeciętnie i dość bezpłciowo… No i teksty, które pod względem kąśliwości sadowią się gdzieś w okolicy zera.  Rozumiem, że nie można wymagać zbyt wiele, ale częstochowskie rymy i komunały jakie znajdziemy na tej płycie mogą zażenować. Szanuję Lady Pank za utrzymanie się na powierzchni i za to, że potrafili dobrze się zabawić; niestety, nowa płyta to rock emerycki, nic więcej.

JAZZOMBIEErotyki (Mystic) No i najbardziej wystrzałowy w tym zestawieniu album, który pokazuje, w jakiej kondycji znajduje się nasza scena alternatywno/rockowo/nu jazzowa. Pink Freud, niepokorne dziecko Wojtka Mazolewskiego, niedawno znokautował mnie płytą zawierającą interpretacje elektronicznych kompozycji Autechre. Lao Che ma u mnie zapewnione podium za bezkompromisowy Soundtrack i nie gorszą płytę Dzieciom. Teraz muzycy tych formacji połączyli siły, by wziąć na warsztat kilka znanych/lubianych tekstów i przedstawić na własnych warunkach. Czy to mogło nie wypalić? Strażnicy polskości mogą spać spokojnie – twórczość Jana Brzechwy, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Juliana Tuwima czy Bolesława Leśmiana absolutnie nie ucierpiała w kontakcie z dość zawadiackimi muzykantami. Ci wybrali fragmenty pasujące do koncepcji, przerobili na własną modłę dając im nowe życie i nieco inny, świeższy kontekst. Efekt? Uczta, którą można serwować sobie do woli, bez obaw o własną głowę. Momentami mam wręcz wrażenie, że muzycy, bojąc się, że nie uda im się poskromić wybujałych zapędów artystycznych, celowo zaaranżowali te utwory oszczędnie, starając się raczej dobierać środki wyrazu do liryków niż na odwrót. Co nie zmienia faktu, że w każdej sekundzie płyty słychać erudycję, pomysłowość i specyficzny styl muzyków związanych z wymienionymi formacjami. Być może najmniej tu jazzu, ale klimat swobodnego, radosnego jamu jest wyczuwalny w każdej sekundzie. Ekipa w świetny sposób osadziła na hipnotycznej rytmice niespiesznie snujące się tematy. Szczególnie pierwsza część płyty wyrywa z butów. Hip hopowa pulsacja, mnóstwo instrumentów i ciekawych zagrywek poutykanych tu i ówdzie zapewnia doskonałą zabawę. W każdym razie – ja się bawiłem świetnie. Choć dodać też należy – jeśli nie lubicie nawijanek Spiętego, charakterystycznej maniery Lao Che ani brzmieniowej ornamentyki znanej z płyt Pink Freud, raczej się w Jazzombie nie zakochacie, choć i tak polecam. Charakter tych twórców odcisnął się niezmywalnym piętnem na muzyce i nie ma kompletnie znaczenia, jakie rejony w danym momencie zespół się udaje. Bardzo dobra i wciągająca płyta. Może nie będzie to wydarzenie nr 1 tego roku, ale na pewno będziemy do „Erotyków” wracać jeszcze nie raz. No i co można z tym materiałem zrobić na koncercie…

Arek Lerch