SEDNO SPRAWY – Solidny kop

Klęska urodzaju na scenie hc/punk. Środowisko, które już wielokrotnie było uśmiercane i kolaborowało z wszystkimi, muzycznymi stylami, nadal potrafi zachować tzw. twarz, nie zapominając o co w tym wszystkim chodzi. Zachowanie ideałów nie przeszkadza jednak wszelkiej maści hardcore’owcom lubieżnie zerkać w różne strony, stąd przedstawiany poniżej zestaw, choć ma wspólne korzenie i takież zapatrywania na życie, muzyczne jest bardzo zróżnicowany, pokazujący kilka kierunków, w których punkowo/hc brać się udaje. Dla każdego coś miłego…

SPIRITS Unrest (Useless Pride Records) Nie przypominam sobie, aby w tym dziesięcioleciu było tyle dobrych wydawnictw z pogranicza hc/punka. Mało tego, youth crew i cała (tfu!) estetyka sxe hc ma się świetnie, również w Polsce, a w USA kapele mnożą się przez pączkowanie. Jedną z prawdziwych sensacji jest bostońska ekipa Spirits, która miała przyjemność grać u nas kilka razy, za każdym wzbudzając szczery zachwyt publiczności. Ich drugi pełny album,Spirits zatytułowany „Unrest”, to wypadkowa szybkich, aczkolwiek melodyjnych strzałów, momentami niemal rockowego feelingu i mocnej ekspresji. Panowie jak mało który zespół grają z sercem i od serca, opisując przy okazji całe zło i kurestwo trapiące światową młodzież. Wiele jest spraw o których warto powiedzieć i choć hardcore od dawna nie jest polityczny (a przynajmniej znaczna jego część), wizja „zamieszek” przedstawiona na drugim longu Bostończyków jest mi naprawdę bliska. Czysto muzycznie, panowie kontynuują styl zapoczątkowany na „Discontent” i prawdę mówiąc, lwia część nowych numerów, to jeśli nie zgrabne kalki hitów z jedynki, to dobrze (do)pracowane piosenki, których można słuchać jednym ciągiem, bez ustawicznego łapania się na tym, że „przecież już to słyszałem”. Spirits nawet w momentach, w których cytują samych siebie, są na tyle przekonujący, że wybaczam każde, nawet najmniejsze niedociągnięcia.Spirits

AUGUST BURNS RED Phantom Anthem (Fearless Records)  Pionierzy technicznego metalcore’a nie spuszczają z tonu. Po blisko piętnastu latach na scenie, dziesiątkach koncertów i nominacjach do prestiżowych nagród, kwintet z Lancester nie zwalnia tempa, nadal waląc obuchem po głowie. Zmieniają tylko niektóre patenty, dodają elektroniczne smaczki, coraz śmielej wychodząc poza metalowy schemat (była salsa, nawet flamenco), ale niezmiennie poniewierają słuchacza umiejętnie dozowaną melodią i feerią blastów, rozpoznawalnych breakdownów z potężnie brzmiącą chinką, czy zaskakująco błyskotliwymi tekstami. Najważniejsze jest jednak to, jak prezentują się na żywo, i w tym wypadku August Burns Red to pierwsza liga metalu w ogóle.ABR

Nowy, siódmy album grupy nie przynosi żadnej radykalnej wolty w stylu zespołu. Jest (na tle poprzednich) znacznie mniej przyjazny dla ucha, mniej tutaj łatwo Augustwpadających melodii, a prym wiodą techniczne zapędy Johna Brubackera, który w moim odczuciu plasuje się w swoich aranżacyjnych eksperymentach i sposobie w jaki gra, tuż za zmarłym w zeszłym roku Tomem Searle z Architects. Gitarowe popisy to jedno, i nie ukrywam, że zajmują większą część „Phantom Anthem”, ale dopiero w momentach, kiedy panowie spuszczają z tonu („Lifeline”) wyraźnie słychać w jakim kierunku mogą, a może nawet powinni podążać w przyszłości. Nim jednak to nastąpi, każda kolejne spotkanie z August Burns Red to dawka solidnego kopa i sprawdzian – jak gra się metal w XXI wieku.

STRAY FROM THE PATH Only Death is Real (Sumerian Records) Miło zobaczyć, a przede wszystkim, usłyszeć, że większość z ekip, która świadomie zerka w stronę brzmień z lat 90., robi to na tyle dobrze, aby móc momentami śmiało konkurować z pierwowzorami. Amerykanie ze Stray From The Path od kilku lat próbują być drugim, ale znacznie wścieklejszym Rage Against The Machine, co spotkało się zresztą z potężnym odzewem całej sceny. Dotychczas panowie łoili mocno matematyczny i chaotyczny hardcore/punk, ale zwrot, zapoczątkowany przy okazji premiery „Anonymous” okazał się być strzałem w dziesiątkę.SFTP

Trochę to śmieszne, że po długiej i na wskroś owocnej karierze, Nowojorczycy znaleźli dla siebie niszę w graniu, które wydawać by się mogło było kompletnie na wymarciu. Pomiędzy groove a nu-metalowymi wtrętami, panowie dokładają do pieca z niemal thrashową furią, a ilość ścieżek samych gitar potrafi przytłoczyćSFTP. Dodajmy do tego potężnie brzmiącą sekcję (niepotrzebne te breakdowny i bass dropy) , do tego charakterystyczny, wściekły ale raczej rapujący niż krzykaczy wokal, i otrzymujemy band, który powinien rozdawać karty. Szkoda, że rynek nie docenia Stray From the Path, gdyż koncertowo są jedną z najlepszych ekip ostatnich lat. Śpieszę jednak zaznaczyć, iż „bujanie” nie jest jedyną domeną formacji z Long Island. Kwartet przypierdala zarówno gęstym blastem, szybkimi, niemal thrashowymi sprintami co niemal 2-stopwym dłubaniem w gęstym, matematycznym sobie. Nie ukrywam, że te najmniej podręcznikowe fragmenty, kiedy pojawiają się elektroniczne wtręty i mniej „jumdafakapowego” klimatu, są mi najbliższe. Mimo to, przygoda z „Only Death Is Real” jest jedną z lepszych w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy. Szef Sumerian Records powinien być dumny.

Grzegorz Pindor