SEDNO SPRAWY – Skrajności

Koniec ubiegłego roku obfitował w kilka wyjątkowo skrajnych wydawnictw – zarówno tych z kategorii rozczarowań, co aspirujących do miana wielkich płyt. Bohaterami tych pierwszych są Szwedzi z In Flames oraz jeden z filarów metalcore’a – War of Ages. O dobre imię metalu w ogóle, dbają za to podopieczni Sumerian Records, z wizjonerem Michaelem Keenem na czele. The Faceless, bo o nich mowa, to jeden z najciekawszych zespołów ostatniej dekady, dlatego zachęcamy do szybkiej konfrontacji z ich płytą, a o reszcie sedna sprawy… przeczytajcie, a się dowiecie.

IN FLAMESDown, Wicked & No Good (Eleven Seven Music) Komercjalizacja In Flames postępuje i nawet najbardziej zagorzali fani Szwedów nie rozumieją, w jakim kierunku zmierza ich ulubiona załoga. Począwszy od „A Sense of Purpose”, chyba najsłabszego albumu w karierze, panowie zmiękczają swoje brzmienie, okazyjnie przypominając o swoich metalowych korzeniach. Ubiegłoroczny album „Battles” przybliżył grupę do mainstreamowego metalu, tuż obok gwiazd pokroju Papa Roach – i ja osobiście nie mam nic przeciwko. Brakuje mi jednak starego dobrego IF, eksperymentującego i wciąż walącego po pysku. Te czasy odeszły, i trzeba się z tym oswoić, ale jak to zrobić, kiedy znienacka panowie wypuszczają dość zaskakującą ep-kę, zawierającą cztery, delikatnie mówiąc, mocno komercyjne covery. Mamy tu bowiem „Hurt” od Nine Inch Nails, oczywiście w wersji Casha. „Klasyk” w wykonaniu Fridena nie broni się, poza tym, czysto brzmieniowo „lajf” z zapisem tej interpretacji nie przemawia do mnie. Za dużo dramatyzmu, za mało pazura. O tym, jak ten numer powinien brzmieć najlepiej przekonać się sprawdzając wersję do niedawna hardcore’owców z Hundredth. I ten jeden song psuje odbiór całej ep-ki, bo reszta, przynajmniej aranżacyjnie wciąż podkreśla, że mamy do czynienia z In Flames. Stawkę uzupełniają covery Depeche Mode („It’s No Good”), ten akurat gdybym nie wiedział, że to piosenka królów synthpopu, śmiało uznałbym za odrzut z „Battles”. Świetny groove, fajnie wpleciona elektronika, i ten specyficzny refren od razu kojarzący się z Brytyjczykami. Nie do pomylenia. Numer dwa i trzy to „Down in a Hole” od Alice In Chains, które nie ma startu do oryginału, głównie z względu na ograniczenia wokalne Fridena oraz najmniej oczekiwany radiowy hit sprzed lat „Wicked Game” od nie kogo innego jak Chrisa Izaaka. Spośród całej czwórki to właśnie ta interpretacja wypadła najlepiej. Naturalnie, ciepło, bez kombinowania i wciskania typowych dla zespołu solówek (to akurat minus „It’s no good”), za to z nowoczesnym sznytem. Podsumowując: Szwedzi za nic mają opinie fanów, zdobywają nowe rynki, i nie boją się pokazać innego oblicza. Ep-ka rozbudza apetyt na coś więcej (niż drugi w karierze cover Depeche Mode) i gdyby nagle skończyły im się pomysły na stadionowy metal, chętnie sprawdzę, jak radzą sobie w obcym repertuarze. Kto pamięta cover „Fucking Hostile”, ten wie, ze robią to dobrze.Downwickednogood

WAR OF AGESAlpha (Facedown Records) Ósmy album pionierów chrześcijańskiego metalcore’a przynosi ogromną dawkę rozczarowania i całkowity brak kredytu zaufania. Rozłam w zespole do którego doszło w ubiegłym roku, doprowadził do odejścia perkusisty Alexa Hampa  – rzekłbym, że kluczowego ogniwa podopiecznych Facedown Records. W szeregach pozostał starszy z braci, stojący za mikrofonem Leroy, ale nie jest w stanie utrzymać starych kolegów w odpowiednich ryzach. Podręcznikowy, do bólu klasyczny metalcore jaki dotychczas grali War of Ages, mógł się podobać przede wszystkim wielbicielom bardziej thrashowego oblicza tego gatunku, a tu proszę, niespodzianka – do „głosu” wraz z pojawieniem się nowego basisty – a przy okazji – kompozytora, doszły inspiracje nowoczesnym groove metalem. To zaś jest przysłowiowym gwoździem do trumny War of Ages, przybijanym od czasu wydanego w 2010 roku „Eternal”, który uważam za opus magnum Amerykanów. Od tamtej pory panowie stopniowo odchodzili od wypracowanej (a może dopracowanej?!) formuły na rzecz coraz to dziwniejszych zagrywek i dziś nie poznaję twórców szlagierów pokroju „All Consuming Fire”. Mało tego, we łbie nie mieści mi się, jak po prawie 20 latach gry mogli sprokurować takiego gniota ja „Alpha”. Nie ma tu ani jednego zapamiętywalnego riffu, melodie odeszły na drugi plan, za to na przód wysunięto świeży narybek, który stara się zagmatwać mieszaninę gitarowych popisów jak może, ale cóż, w ostatecznym rozrachunku brzmi to jak nieudany materiał aspirującego zespołu, a nie filarów jednego z najbardziej kontrowersyjnych nurtów ciężkiego grania. Czas zwrócić się do Boga – talent już dał, czas żeby przywrócił dobre pomysły.woa

THE FACELESS – In Becoming a Ghost Michael Keene to jedna z najbardziej znienawidzonych postaci współczesnego metalu. Typ o wybitnie ciężkim charakterze, mający jednak tak wielki talent i szaloną wizję ekstremalnej muzyki, iż nie sposób przechodzić obok niego, i jego zespołu obojętnie. To, co The Faceless zaserwowało kilka lat temu na „Planetary Duality” nadal pozostaje niedoścignionym wzorem jak powinien brzmieć współczesny inteligentny, a miejscami dosłownie kosmiczny death metal. Im dalej w klas tym zespół gmatwał struktury a czyste wokale lidera kierowały grupę to w stronę Cynic to Opeth. Szwedzi są zresztą bezpośrednią inspiracją dla amerykańskiego kompozytora, co wyraźnie słychać na „In becoming a ghost”, a po cichu mam nadzieję, że Mikael Åkerfeldt po sprawdzeniu tego longa powróci do ciężkiego napierdalania, bo jednego Pink Floyd już mieliśmy, a właśnie w młócce sprawdza się najlepiej. Droga jaką podążają obie formacje jest jednak zgoła od siebie różna, ale ma punkty wspólne – technikę, fenomenalne opanowanie instrumentu, góry lodowe pomysłów i chęć zabawy dźwiękiem. W przypadku nowego The Faceless jest to momentami muzyka quasi-filmowa podsycana gęstą, death/black metalową młócką, w wolniejszych momentach przypomina twórców „Focus”, a w najbardziej odjechanych fragmentach, wychodzących poza przeplataną blastami strukturę, Keene najwyraźniej nasłuchał się Arcturus, których darzę szczególną sympatią za co mu dziękuję, bowiem tylu zwrotów akcji po nim się nie spodziewałem; każdorazowo, kiedy słyszę pierwszy z brzegu „A Cup of Mes”, zachodzę w głowę, próbując zrozumieć w którym momencie rodzi się w człowieku chęć układania tak niesamowitych puzzli. Jakby samego metalu było mało, „nowy skład” The Faceless często zerka w stronę elektroniki spod znaku Igorrr, a to wystarczająco dobra rekomendacja.faceless

ASKING ALEXANDRIAAsking Alexandria (Sumerian Records) Metalcore wciąż pozostaje jedną z wielkich niewiadomych dla przeciętnego, metalowego zjadacza chleba. Ten miks melodyjnego death metalu, rocka i thrash metalu przez lata był kością niezgody wśród wielbicieli ciężkiego gitarowego grania, i nie ukrywam, że w swojej drugiej dekadzie istnienia, nic się nie zmieniło. Pojawiło się mnóstwo wartych uwagi ekip, ale ich blask przyćmiewają formacje grające tanie dźwięki dla „zbuntowanej młodzieży”. O takie zakusy posądzano między innymi bohaterów tej recenzji – i poniekąd słusznie. We wczesnym etapie kariery był to zespół grający podręcznikowy metalcore ocierający się o melodyjny metal, ale im bardziej Asking Alexandria zbaczała z kursu, tym większe towarzyszyły im kontrowersje. Największe dotyczą frontmana, który zaliczył udany epizod country, kilka odwyków oraz rozbrat z kolegami, tylko po to, aby powrócić jako sesyjny wokalista i… po raz kolejny niekwestionowana gwiazda i atut zespołu. Międzynarodowy konglomerat uczcił powrót syna marnotrawnego bodaj najlepszym krążkiem w karierze, ocierając się przy tym o stadionowe brzmienie, nośność pokroju niedocenianego w Polsce Red, czy wreszcie, stając się idealnym kandydatem do roli supportu 30 Seconds To Mars. To, co słyszymy na piątym krążku grupy stanowi bowiem miks wszystkiego co we współczesnym metalu najlepsze, bez djentowego zadęcia i taniego rzępolenia byle brutalniej. Kiedy Asking Alexandria uderza, to tylko po to, aby połechtać ego starszych słuchaczy. Dziś najważniejszy jest wokal, sposób w jaki Worsnop bawi się dźwiękiem i balans pomiędzy core’owym ciężarem, rockową swobodą i niemal słodką, radiową nośnością. To niełatwa sztuka, a jednak do opanowania, czego najlepszym dowodem jest singiel „Into the fire” oraz mój typ na drugi hit w postaci „Rise Up”. Największy minus? Stosunkowo małe stężenie metalu i dziwaczny eksperyment w „Empire” z udziałem rapera Bingx. Poza tym, komercyjny majstersztyk nie tylko dla dziewczynek.asking alexandria

Grzegorz Pindor