SEDNO SPRAWY – Hardcore/punk wiecznie żywy

Koniec roku, więc trzeba zagęścić ruchy. Tym razem, żeby troszkę odreagować te wszystkie indie roki i inne dżezy, trochę hałasu z podziemia. Hardcore i post/punki, mimo lat, jakie upłynęły od narodzin, nadal zbierają żniwo wśród zbuntowanych nastolatków (i nie tylko…), choć często w zespołach grają już weterani. Na szczęście, bunt nie zna wieku, dlatego dzisiaj parę fajnych dźwięków i słów od Wolfbrigade, Sect i na koniec, dla oddechu piosenki od The Wraith. Co ciekawe, wszystkie te płyty ujrzały światło dzienne dzięki prężnej stajni Southern Lord…

Scenowa braterka to nic nowego, choć mam wrażenie, że najbardziej zaznacza się ona właśnie wśród punkowców i hardcore’owców. Braterka nie dotyczy jedynie mieszkania na skłotach i włóczenia się po świecie (w wersji radykalnej), ale także łączenie się w muzyczne bandy. Takim przykładem będzie Sect, w składzie którego znajdziemy wokalistę Chrisa Colohana z nieodżałowanego Cursed czy równie dobrego, ale nieco niezauważonego Burning Love (o „Rotten Thing To Say” pisaliśmy na naszych łamach), gitarzystę Jamesa Changa (chociażby Catharsis czy Undying) i Scotta Crouse’a z Earth Crisis. Pozostali może nie tak utytułowani (choć basista Steve Hart z Day of Suffering tego i owego ruszy), jednak nie ma co ukrywać, taki skład, nawet jeśli nie wywróci sceny, zapewni solidny wpierdol. I tak jest. W tym miejscu musimy zadać sobie pytanie: chcemy zetknąć się z prawdziwym życiem? Złym i nie dającym nadziei? Jeśli tak, to „Blood of the Beasts” (Southern Lord) jest dla was. Oczywiście, jestem ciut ironiczny, bo nadal mam gdzieś z tyłu głowy fakt, że muzyka świata już nie zmieni, a rewolta hc/punkowa jest dzisiaj bardziej ideą, którą cały czas się kultywuje, nawet jeśli jej wizjonerzy i kaznodzieje, dzisiaj łysiejący, bawią w domu swoje pociechy i spłacają kredyty. Jeśli żyją, bo jak wiadomo, rewolucja pożera swoje dzieci. Tak czy inaczej, jest ten krążek nadzieją niesioną za pomocą prostych, niemal modelowych środków hardcore’owej rewolty. „Two Riffs – It’s Enough” jak śpiewał Government Flu, tak właśnie jest, choć oczywiście, ze względu na przeszłość muzyków Sect, słychać tu mnóstwo metalowych naleciałości, jednak konstrukcje, długość numerów oscylująca wokół minuty z okładem są idealne dla rasowej, hardcore’owej produkcji. Jest sporo wkurwionej szybkości, która zazwyczaj przełamywana jest motoryką w średnim tempie („Like Animals”, „Cirrhosis of Youth”, „You Too Will Scatter”), są kruszące kości walce w stylu” Terminus” czy „Wait” (pomijam rozpędzoną końcówkę). Oscyluje to troszkę wokół tzw. dark hardcore’a, gdzieś można usłyszeć echa wspomnianych kapel, choć tylko delikatnie (więcej Earth Crisis niż Cursed, oczywiście). Być może trzęsienia ziemi z tego nie będzie (bo z czego jest?), ale wstydu płyta zacnym muzykom nie przynosi. Choć nie ukrywam, że wolałbym np. reaktywację Cursed.SECT

…i choć Sect robi zacne wrażenie, to jednak muzyczna konserwacja okazuje się być najlepszym remedium na codzienne wkurwienie. Serwują ją muzycy z kraju, który dla sceny zrobił bardzo wiele. Mowa o Szwecji i muzycznych brudasach z Wolfbrigade. To przykład jak żyć w niezgodzie ze światem, cały czas utrzymywać w sobie wściekłość i wyrażać ją w sposób, który zjednoczy fanów punka, crustu i metalu (może dlatego, że duch Lemmy’ego w muzyce WB jest namacalny niemalże fizycznie – posłuchajcie „Hammer to the Skull” z nowej płyty, toż to motorogłowy klasyk, do cholery), dając w efekcie co? No oczywiście. D-beat, który swego czasu połączył różne frakcje, stając się czymś w rodzaju nadziei dla sceny, rozwalił głowę przed Discharge, co oczywiście było i jest wierutną bzdurą. Ale fakt pozostaje – jednowymiarowa, w zasadzie nie wnosząca niczego przy kolejnych przesłuchaniach muzyka wali po jajach a na koncercie robi z głowy krwawy tatar. Wolfbrigade też miał swoje lepsze i gorsze momenty. Niektóre poszukiwania były troszkę niepotrzebne, ale płytą „The Enemy: Reality” (Southern Lord) wraca na ścieżkę wojenną w najlepszym wydaniu. Świetne, rasowe i soczyste jak cholera riffy (parę na pewno przejdzie do historii…), motoryczna, prująca do przodu sekcja, brudny wokal i zaskakująco czytelne brzmienie. Nadal uważam, że płyty takiego zespołu to po prostu wizytówka koncertowego wpierdolu i zaproszenie do młyna pod sceną, ale jakoś tak się dzieje, że mogę tej płyty słuchać rano i wieczorem; jak na razie w temacie szwedzkiego, napędzanego entombedowym (gdzie jajko a gdzie kura?) riffem i motörheadową motoryką punka, Wolfbrigade nic nie pokona. Przynajmniej w najbliższym czasie. Szacunek.Wolfbrigade

I na koniec coś lżejszego, bo przecież nie samym gruzem człowiek żyje. A jako, że lubimy piosenki i chcemy się odprężyć przy czymś miłym dla ucha, proszę – prosto z Ameryki postpunkowy i bardzo fajny The Wraith. Justin Sullivan już cieszy michę na myśl o tym, jak  panowie będą mu lizać buty w podzięce. Choć to oczywiście tylko pół prawdy. Te Wraith przede wszystkim wyglądają bardzo, bardzo… śmiesznie? Nie, rasowo, punkowo, ulicznie. Choć może, patrząc na nie najmłodsze twarze tej czwórki, jest w tym trochę mistyfikacji? W każdym razie, europejskie bandy chcą brzmieć po amerykańsku, a mieszkający w Los Angeles The Wraith robi wszystko, by oswoić wyspiarskie, post punkowe zimno. I idzie mu całkiem dobrze, bo debiutancki album „Gloom Ballet” (Southern Lord) to mieszanka wszystkiego co najlepsze w muzyce starego Killing Joke, Samhain czy New Model Army. Oczywiście, zespół gra po swojemu, jest w tym pewność i zdecydowanie piosenkowy sznyt. Burząca mury motoryka wspomagana prującym basem i dobre wokale. Jasne, nie znajdziemy w tym niczego nowego, ale Amerykanie potrafią zagrać te starocie z takim wdziękiem i przekonywującą energią, że warto im poświecić trochę czasu. To co wyróżnia zespół z bandy podobnych, zafascynowanych postpunkiem i death rockiem zespołów jest duża dbałość o melodię; w zasadzie każdy utwór od razu wpada w łeb, co na pewno powinno być dla nich szansą na nieco dłuższe zaistnienie w przestrzeni medialnej. Przykłady? Startujący niczym zapomniany song Editors z płyty „In This Light and On This Evening” utwór „Wing of Night”, klimatyczny „TOIL”, „Of the Earth” i.. parę innych. W zasadzie płyta jest bardzo równym zestawem dobrych utworów, które mają jednak taką drobną cechę, że są w sumie dość podobnie zaaranżowane. Zespół stosuje podobną tonację, podobne pomysły na zwroty akcji i w zasadzie przez cały czas, pomijając fortepianowe interludium („Piano Interlude”) gra na mocnym spięciu. Co nie musi być wadą; od czasu do czasu taka muzyka działa odświeżająco. Na pewno materiał sprawdzi się na koncertach, na pewno przyda się na punkowych domówkach (są takie?). Nie przegapcie go, bo to przebojowa muza, która poprawi wam humor w codziennej, (post)punkowej egzystencji.

The Wraith

Arek Lerch