SEDNO SPRAWY – Filter/Bardus/Syberia/The Poisoned Glass

Obrodziło nam płytami tak, że trudno w tym wszystkim się połapać, dlatego postanowiliśmy powrócić do zarzuconej jakiś czas temu idei pt. Sedno sprawy, by z większą werwą przekopywać się przez te pozycje, które są warte tego by na nie zwrócić uwagę, ale jednocześnie nie mają żadnych szans, by zaistnieć w świadomości na dłuższy moment. Zanim zatem zostaną zalane powodzią nowości, przedstawiamy – prawie industrialny, choć w zasadzie rockowy Filter, drone’owy koszmar z ulicy Wiązowej, The Poisoned Glass, niezdecydowana Syberia i ujarany jak szpadel Bardus. Smacznego…

FILTERCrazy Eyes (Wind-up Records) Siódmy album studyjny (nie licząc składanek i remiksów…) dowodzi dużej determinacji sierot po Nine Inch Nails. Tłuką swoje już od 93 roku i choć nigdy nie zaliczyli jakiejś straszliwej popularności a nawet trafiały się chwile przerwy, pozostają na rynku. Trochę z boku, nie do końca modnie, ale jednak. Krzywdę robi im zapewne etykietka industrialnego rocka, bo rzeczonego industrialu, poza kilkoma softowymi samplami jest tu jak na lekarstwo. Ale nic to. Od pierwszych dźwięków przenosimy się do lat 90., odkurzamy stare płyty Spineshank („The City of Blinding Riots”) i machamy baniami. Muszę przyznać, że kiedy już otrząsnę się z tego lekko nieprzyjemnego uczucia deja vu, zapomnę, jak bardzo przypomina to pewne koszmarki z tej jakże zacnej dekady, odkrywam na „Crazy Eyes” parę fajnych momentów. Wprawdzie razi gładka mechanika rytmów, ale kiedy trochę się spinają i zakręcają aranż – jak w „Tremors” – czy skręcają w stronę indie w „Take Me to Heaven”, jest całkiem nieźle. Słychać na tej płycie wieloletnie doświadczenie w operowaniu dynamiką, pomysłów jest sporo, choć wszystko skrojono tu raczej na potrzeby niezbyt wybrednego słuchacza, czującego w dodatku sentyment w stosunku do dawnych, nowo (nie mylić z „nu”…) metalowych załóg. Jestem w kropce, bo to profesjonalny zespół, ale mam wrażenie, że duszę zostawili gdzieś w swojej młodości i ciągle nie mogą się otrząsnąć ze zdziwienia, że mamy już XXI wiek…

BARDUSStella Porta (Solar Flare) Trujące grzyby na okładce, zielona poświata i francuski wydawca. Czyli wiadomo, że będzie kwaśno, ciężko, brudno  z wszechobecnymi narkotykami, sprzęgami i dołem. Bardus swoją muzykę buduje ze sprawdzonych materiałów. Jest zatem brutalny sludge i ociężały doom metal, lekko zagruntowany noise’owymi opiłkami. Tę kolaborację najlepiej można wyczuć w ciężkim „Monolith”. Równie obiecująco jadowicie rusza „Sky King”, z tym że po drodze zaczyna się nieco rozmywać. Za to „Haze” to już czysty doom metal. Dla miłośników krajowego Belzebonga (umówmy się – o niebo lepszego i bardziej dopracowanego wizualnie…) czy innej Bongzilli, będzie to smakowity, choć przewidywalny ochłap topornego łojenia. Podsumowując – można posłuchać grzybiastej muzyki, choć tak po prawdzie niczego nie wnosi na to dość mocno już przeorane poletko.12914893_10207239132035795_220859162_o

SYBERIAResiliency (Debemur Morti) Instrumentalny rock z Barcelony. O tym, że granie bez krzykacza jest trudną sztuką, przekonało się całe mnóstwo zespołów. Przekona się pewnie i Syberia, bo muzyka momentami aż się prosi o to, by ktoś zawył albo i zaśpiewał. Na plus należy im zaliczyć te numery, gdzie skłaniają się w stronę shoegaze’owej spuścizny („Hiraeth” czy rozbudowany „Aram Chaos”). W takich momentach zespół dołącza do kolegów z Lantlôs, oddając się urokom psychodelicznego, połyskującego całą masą pogłosów neo rocka spod znaku 4AD. Problem w tym, że chyba jeszcze nie zdecydował się na ten jeden, mocny krok w stronę kosmosu, dlatego część numerów brzmi zdecydowanie zbyt mocno, stonerowo  a niekiedy nawet nieprzyjemnie  metalowo (niepotrzebny „Herboren”). Szkoda, bo chyba ktoś im powiedział, że płyta musi być zróżnicowana. A w tym przypadku właśnie przydałaby się taka spowalniająca serce blaza, żeby nie powiedzieć – monotonia. W każdym razie, można posłuchać, choć Syberia niczego odkrywczego nie proponuje.

THE POISONED GLASS10 Swords (Ritual Productions) Dobra nazwa zespołu. Po wysłuchaniu płyty czułem się jak po szklance trucizny. Wszystko zainfekowane, z oczu i uszu krew, sina twarz… Tyle opisówek, czas na konkrety. Duet anonsuje swoją muzykę jako „orchestral doom”, jednak jakoś nie dopatrzyłem się w tym szczególnego patosu, mamy raczej do czynienia z twórczym wykorzystaniem samplera i przetworzonych głosów. Nieludzkie efekty, jakie na „10 Swords” osiągnięto, rozciągają się między szumami, wrzaskami i różnymi odcieniami dronów. Momentami brzmi to wszystko niczym solidny soundtrack do horrou („Silent Vigil” czy „Low Spirits”), ale zazwyczaj jest serwowana wkurwiająca, elektroniczna mieszkanka, która raczej nie może być uznana za muzykę. Jednocześnie płyta wpisuje się we współczesny, eksperymentalny odłam  muzyki syntetyczne, popularnej wśród co bardziej otwartych przedstawicieli środowisk alternatywnych. No i na pewno znajdzie się ktoś, kto nazwie to psychodelicznym, eksperymentalnym post black metalem.

Arek Lerch