SEDNO SPRAWY  – Ciut plastiku

Nie będę oryginalny w stwierdzeniu, że ilość nowych wydawnictw w mijającym roku zahaczała o absurd. W zasadzie, chcąc przegryźć się choćby i ogólnie przez większość rzeczy, jakie wpadały mi w ręce, musiałbym zwolnić się z pracy, żonę wysłać na Madagaskar a koty do kociego hotelu. Ale to i tak by nie pomogło, bo ludzka percepcja jest zdecydowanie za słaba, umiejętność skupienia zawodna a możliwości wykorzystania mózgu zbyt ograniczone przez naturę. Pozostaje męczący proces wyciągania z tej magmy rzeczy, które w jakiś sposób zwracają uwagę. Zatem dzisiaj kilka takich mniej lub bardziej znanych projektów,  o których wypadałoby wspomnieć, mimo, że mają już kilka miesięcy na karku.  

INNERCITY ENSEMBLE Długo zabierałem się do tej recenzji i to wcale nie z powodu jakiegoś problemu z nową muzyką septetu. Raczej chodziło o fakt jak najlepszego zrozumienia tego, co tym razem upichcili ci uzdolnieni i wszechstronni muzycy.  W sumie, wystarczy skupić się na biogramach członków zespołu by wiedzieć, że… w zasadzie możemy się spodziewać wszystkiego. Dlatego sam z niejakim zdziwieniem podszedłem do faktu, że tym razem do nowej muzyki IE przekonywałem się nieco dłużej niż miało to miejsce w przypadku poprzedniej płyty a także nowego dzieła A5, które też jest syndromem zmian w poszukiwaniach dźwiękowej nirwany. Co się zmieniło? Przesunięto środek ciężkości z0-2 improwizacyjnych poszukiwań na kompozycję, klimat i melodie. Tym razem mamy do czynienia z elektroniczną interpretacją szeroko pojętej psychodelii. Dominują syntezatory, syntetyczne przeloty są kręgosłupem, wokół którego obudowana jest narracja. Improwizacja poszła w stronę transu, i o ile na poprzednich płytach poszczególni instrumentaliści wyginali podstawę utworów, to teraz odnoszę wrażenie, że wszyscy trzymają się ściśle zaplanowanej ścieżki. Co nie jest rzecz jasna złe, po prostu zespół rozwija się tak a nie inaczej, choć po raz kolejny doszukuję się tu jakiejś odpowiedzi na wszechobecne zachłyśnięcie się improwizacją. Ale może się mylę. Dzięki takim a nie innym pomysłom, muzyka nie mami wielobarwnymi szaleństwami, ale raczej hipnotyzuje, z tym, że trzeba po prostu taką powtarzalność lubić. Co nie zmienia faktu, że po raz kolejny mamy do czynienia z tzw. płytą detali. Bo to one, jeśli zadamy sobie trud ich odszukania, robią robotę. Smaczki perkusyjne, „wjazdy” Wojtka Jachny, niektóre ciekawe współbrzmienia czy też nieco wschodni duch, który gdzieś tam jest delikatnie wyczuwalny. Płyta do słuchania. Dodam jedynie, że o pół oczka gorsza od „III”. Czyli i tak wysoko.0-1

UNCARNATE „Reality Breakdown” troszkę naczekała się w kolejce, ale jak już wspomniałem, nie biorę odpowiedzialności za natłok wydawnictw, co czasami doprowadzało mnie do zwyczajnej dezorientacji. Co nie zmienia faktu, że warto wgryźć się w tych kilka utworów. Duet tworzą panowie Wojciech Jarzębak i Adam Radziszewski. Instrumentarium to głównie samplery i klawisze a muzyka jest rzeźbieniem w elektronicznym plastiku. Czyli dark synthpop nowej ery Co to Uncarnateoznacza? Druga płyta duetu to przede wszystkim brak odkryć na miarę wieku. Zespół raczej nie ma aspiracji by wywrócić elektroniczną scenę do góry nogami, chce za to dać nam kilka miłych chwil z muzyką znaną i lubianą, choć zagraną tu i teraz (kwestie brzmieniowe i ustawienie warstwy rytmicznej). Czasami mam wrażenie, że prostota środków wyrazu jest przypadkowa, jednak jako całość płytka się broni. Rytmika miejscami jest ciut elektroindustrialna, zimna fala też obecna, najważniejsze jest jednak to, że utwory, w sumie przez swoją prostotę, są bardzo wyraziste, bezproblemowo wchodzą w głowę i jest w nich spora dawka przebojowości. Wyraźny – w stosunku do poprzedniej płyty – krok w stronę popowego charakteru sygnalizuje, że duet ma ochotę na coś więcej, na razie trudno oceniać, czy udało się ten krok zrealizować. Jeśli ktoś lubi jednak dość nowocześnie, choć bez obrazoburczych zabiegów, przetworzone synth – klimaty z lat 80., będzie się dobrze bawił. Właśnie, główny cel takiej muzyki został, de facto, osiągnięty.UNCARNATE

THE UTOPIA STRONG A na koniec zostawiamy sobie płytę „The Utopia Strong chyba najciekawszą w tym zestawieniu, choć także bazującą w dużej mierze na zabawach z elektroniką. To niepozorne trio wysmażyło ciekawy materiał, który w jakimś sensie odpowiada na pytanie, co stanie się (albo już się dzieje…) za jakiś czas z muzyką post/indie/synth (jeśli już mamy tworzyć jakieś monstrualne szufladki). Skład jest cokolwiek sensacyjny. Kavus Torabi znany jest z wielu projektów, wymienię tylko najbardziej znany czyli eksperymentalno – progresywny Gong. Michael J. York kojarzony jest z COIL, partneruje im dodatkowo legenda… snookera, Steve Davis. Taki skład zwiastuje ciekawe rzeczy. I faktycznie, tak jest. W zasadzie wymieniony0016484326_10 przeze mnie wcześniej synth, jest tu obecny w formie ducha i elektronicznych preparacji, bo spektrum zainteresowań tria rozciąga się niemożliwie szeroko. Rzecz jasna, najciekawiej prezentują się te historie, gdzie w narracji pojawia się solidny, rytmiczny fundament. W tym temacie świetny jest „Konta Chorus”, łączący trans z fajnymi dołami. Dużą rolę odgrywają tu drugie i trzecie plany, gdzie poupychano parę fajnych dźwięków, jednak szczytem jest „Brainsurgeons 3”. W tym dziesięciominutowym numerze ujawnia się kunszt aranżacyjny tria – wszystko zaczyna się spokojnie, jednak z każdą minutą gęstnieje, wzrasta napięcie aż do ekstatycznego finału. To muzyka gdzieś z okolic Plaid, z tym, że nieco bardziej organiczna w brzmieniu. Tu i ówdzie przewinie się wyrwana kartka z notatnika Michaela Giry (najlepszy przykład – „Do You Believe In Tow Gods”) jednak przeważają przyjemne w odbiorze, ambientowe pasaże, od tych najprostszych („Swimmer”) aż po dobrze skonstruowane odloty („Transition To The Afterlife”). Jest też oczywiście trochę etnicznych poszukiwań („Emerald Tablet” czy wzbogacony żeńskim wokalem  „Moonchild”). Zasadniczo wadą i zaletą płyty jest fakt, że liczą się tu wspomniane już detale. Nie ma dosłowności, wszystkie najciekawsze rzeczy czyhają na słuchacza gdzieś w głębi, trzeba się skupić by je wychwycić. I to może być pewnym problemem w dzisiejszym, zdawkowym odsłuchu muzyki. W każdym razie, szkoda by taka płytka przepadała w tegorocznym zalewie.The Utopia Strong

Arek Lerch