SEDNO SPRAWY – Cały ten metal

W nowym sednie wsadzam kij w mrowisko, bo zdaję sobie sprawę, że ktoś kto śledzi Violence, może uznać moje muzyczne poszukiwania za nieco paranoiczne. Szalone skoki od jazzu po metal mogą wydawać się nieautentyczne, ale, cóż… taki już mam lot i tym razem prezentuję kilka nowych płyt z kręgu metalu, od traszu po ekstremę. Płyty, które mnie ostatnio zainteresowały i wywołały jakieś emocje. A że z tej działeczki ostatnio rzadko kto wywołuje u mnie jakieś odruchy emocjonalne, warto było przelać tych kilka myśli na papier. A raczej ekran komputera. Zapraszam na całkowicie subiektywną ocenę płyt Testament, Ulcerate, Oranssi Pazuzu i Vader.

TESTAMENT Titans of Creation   Ten zespół to thrash’owy elementarz, historia niezłomności i coś w rodzaju zbioru zasad rządzących gatunkiem. Nigdy nie zdobyli popularności Metalliki czy Slayer, ale też nie nagrali płyty ewidentnie złej, choć gorsze im się trafiały. Z szerokiej oferty do dzisiaj bardzo sobie cenię nieco eksperymentalny – jeśli przyjąć stylistykę w jakiej Testament robi – album „Demonic”, dlatego cieszę się, że od paru ładnych lat fizyczną robotę wykonuje znowu Gene Hoglan, który za chociażby „Symbolic” ma u mnie miejsce w sercu do końca życia. Ale żeby nie było tak słodko, po raz kolejny muszę przyznać, że traszowcy przesadzają z długością, bo blisko godzina metalowej nawalanki to za dużo i choć zespół dwoi się i troi, żeby było ciekawie, odjąłbym z tego materiału spokojnie z 15-20 minut. Na szczęście, muzycznie jest wysoki lot. Zespół aranżacyjnie wspina się na wyżyny, dzieje się bardzo dużo, całość jest napędzana niesamowitymi gruwami Hoglana, który z DiGiorgio tworzy jedną z lepszych sekcji rytmicznych na metalowym świecie. Tym razem stawiają na monolit; żadnych ballad, jest gęsto, czasami odnoszę wrażenie, że pojawiają się wręcz delikatne nawiązania do black metalu, oczywiście kawałki długie, wygrywają się wszyscy na 100%. Cóż, słowo „oszczędność” w testamentowym słowniku nie istnieje. I nawet jeśli gdzieś w drugiej części stawki zaczynam się męczyć, to i tak dla rasowego traszowca „Tytani” są jeśli nawet nie Biblią, to na pewno Testamentem. Starym albo Nowym.

T

ULCERATE Stare Into Death And Be Still  Nowozelandczycy są dla mnie jedną z najbardziej nieokiełznanych i kreatywnych, death metalowych band na świecie, a „Vermis” na razie pozostaje niekwestionowanym, najwyżej ocenianym dziełem. Na poprzedniej płycie zespół postanowił jednak nie przesadzać i zmył ze swoich dźwięków smołę, co akurat w dniu premiery uważałem za błąd, dlatego z niepokojem czekałem na nowe wymiociny, no i mam… Ulcerate w doskonałej, krystalicznej formie, zwarty, techniczny i złowieszczy jak cholera. Jaka jest nowa płyta? Duszna, napięta, zagrana z rozmachem i zawziętością, w dużej mierze pozbawiona momentów oddechu, cały czas trzymająca za gardło. Nadal elementem przykuwającym uwagę jest młócka pana Jamiego Merata, który potrafi na bębnach bardzo dużo, cały czas kombinuje, momentami grając niemalże solówkę, w każdym razie, wybiega bardzo daleko poza standardowe trzymanie rytmu. Większość kompozycji przekracza siedem minut, dostarczając prawdziwego marszu przez piekło. Kolejna doskonała produkcja? Jak najbardziej, Ulcerate pozostają death metalowym ewenementem, z tym, że… cóż, po kilku numerach złapałem się na tym, że troszkę się to wszystko zaczyna zlewać w jedną czarną masę (mszę?); w sensie – riffy są utrzymane w dość podobnym klimacie i choć Michael bawi się różnymi dysonansami i stara dodawać od siebie równie dużo co perkusista, to jednak baza harmoniczna kolejnych numerów zaczyna się powtarzać. Ok, można przyjąć, że to po prostu zwarta, jednorodna porcja (choć, podobnie jak Testament, mogliby płytę zamknąć w np. 35 minutach a nie w niemalże 60…) eksperymentalnego death metalu na bardzo wysokim poziomie, jednak pod koniec płyty uświadomiłem sobie, że chyba jednak częściej będę wracał do „Shrines of Paralysis”. Jeden fakt pozostaje niezmienny: to zespół unikatowy, który nadal stanowi jakąś tam awangardę death metalu.

U

Podobnie jak ORANSSI PAZUZU, który na „Mestarin Kynsi” prezentuje jak zwykle mieszankę nie od ogarnięcia prostym rozumkiem. Finowie są z kolei zespołem, który aż za bardzo rozgląda się we wszystkie możliwe strony, po raz kolejny bawiąc się w totalny chaos. I to pasuje mi jednak bardziej, choć, żeby zrozumieć całą płytę, koncept i klimat, trzeba przez tę gęstwinę przedzierać się kilka dobrych godzin. To co proponuje – po raz kolejny – ten zespół, ma taką zaletę, że za cholerę nie da się tego sklasyfikować, ujmując w kilku słowach, co dla każdego tzw. żurnalisty będzie nielichym wyzwaniem. Ok, jest rock psychodeliczny (psychodelia to dla tego zespołu cement, spajający cały koncept), skrzyżowany z rytualnymi bębnami, w ogólnym sosie black metalowym. Jest awangarda, eksperyment na metalowej tkance, trochę szamańskiego transu i multum brzmień nie wiadomo skąd, aranżacyjna kostka Rubika… cóż, tak można w nieskończoność… W przypadku nowej płyty, mimo kontraktu z dużą wytwórnią, zespół nie zamierza ani na sekundę odpuszczać. Oryginalny patent na konstrukcyjne szaleństwo w przypadku „Mestarin…” sięga szczytu i jak zwykle nie wyobrażam sobie, żeby popchnęli takie granie dalej, choć pewnie na następnym albumie tak właśnie będzie. W każdym razie, kiedy już oswoimy całość, okazuje się, że zamiast chaosu usłyszymy płynną narrację, opowieść, która prowadzi krętymi ścieżkami w mrok, jest progresywny rozmach, z tym, że progresja nie oznacza w tym przypadku tasiemcowych i ckliwych solówek, a raczej sprawne nawarstwianie dźwięku, budowanie z niego układanek, które hipnotyzują, zmuszając do wytężonej uwagi. Łatwo się potknąć; na próbę – włączając którykolwiek numer gdzieś w połowie, co słyszycie? Chaos. Dlatego jedynie uważna konsumpcja koncepcji pozwoli w pełni zrozumieć to co Oranssi chce powiedzieć. Największą zaletą płyty jest fakt, że metal pojawia się dokładnie wtedy, kiedy go potrzebujemy, pod względem dynamiki napięć ten krążek jest mistrzostwem, praktycznie w przypadku tego zespołu nie istnieje coś takiego jak powtarzalność konstrukcji, choć przecież cały czas mówimy o utworach budowanych na transowych resorach. Całość przypomina malowanie obrazu: najpierw małe kreski, potem dokładane są kolejne barwy, motywy i choć blisko płótna może się wydawać, że obserwujemy natłok barw i figur, kiedy spojrzymy z dalszej perspektywy, okazuje się, że to skończone i wyraziste dzieło. Dlatego jest to w niniejszym zestawieniu jedyna płyta, której długość (50 min) jest optymalna, żeby wyrazić wszystkie… hm, pomysły?OP

No i wreszcie… VADER. Przyznam, że moja historia związana z tym bandem jest dość zawiła. Osobiście uważam, i z pełną odpowiedzialnością to potwierdzam (a nie jestem jakimś tam ortodoksem…), że Vader to dla mnie lata 90. Rewelacyjna, w skali kraju i nie tylko, płyta „De Profundis” z unikatowym jak na tamte czasy brzmieniem (tandem Toczko/Bonarowski zarządził), „Black To The Blind” z brzmieniem… ok., kiepskim, ale z fenomenalną formą wykonawczo – kompozycyjną, no i przede wszystkim, Docent u szczytu. Wreszcie dobicie gwoździem w postaci „Litany”. Może jeszcze dodam mini „Kingdom” (głównie ze względu na remixy Docenta) i potężny koncert „Live In Japan”. Wszystko co wydarzyło się później (w tym osobista „przygoda” z „Bestią”; kto wie, ten wie…) to małe wzloty i rzeczy niepotrzebne, choć przyznam, podziwiam wolę walki. Zespół próbował wracać do korzeni często i z różnymi skutkami, czasami luzował majty (momentami całkiem ciekawy „Impressions in Blood”), zaczął nie wiedzieć czemu zerkać w stronę thrashu, manipulować z wizerunkiem i nagrywać płyty nie do końca potrzebne (chociażby „Necropolis”, ale najbardziej dotyka to albumu „The Empire”). Z „Tibi et Igni” czy „Welcome to the Morbid Reich” też pamiętam niewiele. Dobrze, że w składzie zakorzenił na dobre James Stewart, bo to po Docencie pierwszy pałker, który pasuje tu w 100%. No i wreszcie mamy do czynienia z pięknym nawiązaniem do mojej ulubionej trójcy czyli nówką „Solitude in Madness”. Nie wiem, czy Generał się do tego przyzna, ale jest na tej płycie kilka znaków potwierdzających, że tamten, wspomniany przeze mnie okres to było coś w skali death metalu unikatowego. Mamy zatem „madness” w tytule (ok, żarcik), podobnie jak na „De Profundis” Wes Benscoter maluje sensowny (wreszcie…) obrazek, jest uznany realizator (choć brzmienie jednak mogłoby być bardziej oryginalne). No i sama muzyka. Tu oczywiście nie jest idealnie, ale kilka punktów z płyty zapamiętam na pewno, choć są to raczej retro-festy, niż jakieś poszukiwanie oryginalności. Zaczynamy od „Despair”, który brzmi jak odrzut z sesji „Litany” i właśnie te krótkie, wściekłe strzały w stylu chociażby „Stigma of Divinity” czy ładnie zbudowanego „Into Oblivion” są tu najlepsze. Jest też zaskakujące nawiązanie do „Blood of Kingu” w „Sanstification Denied”, w każdym razie, zdecydowany kurs na tradycyjny (dzisiaj takie granie to raczej tradycja niż awangarda) death metal jest tu największą wartością. Dlatego nie do końca pasują mi rzeczy w stylu do bólu traszowego „Emptiness” czy koweru Acid Drinkers „Dancing in the Slaughterhouse”. Wykonanie jest na poziomie, ale rozbija w sumie koncepcję płyty. Bez tych dwóch kawałków, być może jeszcze bez „Bones”, który jakoś beznamiętnie się przeczołguje, byłaby to solidna i świeża (jak tylko świeży może być zmurszały, death’owy trup…) porcja hałasu od Vader. Z pewnym zaskoczeniem piszę, że dzisiaj zespół jakoś tam się obudził i proponuje płytę, którą można ustawić nieco bliżej szczytowych pozycji w dyskografii.V

Arek Lerch