SEDNO SPRAWY – After Laughter/Laura Palmer/Good Lookin’ Out/Plug&Play

Czas na kolejny remanent, czyli szybki przelot po hałasie. Od ekstremy do bohemy. W dzisiejszym odcinku ekstremę reprezentować będą hardkory, które już gdzieś tam łeb podnoszą, płyty się dorobiły i mają sporo do powiedzenia na scenie. Jasne, jeszcze nie jest to rzecz dziejowa, ale już widać, że jest dobrze. A towarzyszą im stonerowcy/hardrockowcy i młodzież z lubelskiego półświatka, co tańczyć lubi. Tak dla rozluźnienia nastroju. Jednym słowem – dzieje się i to głośno. W każdej piwnicy.

Najpierw udajemy się do królestwa After Laughter. Ta punk/hardcore’owa załoga upichciła Said and Done, płytę może nie oryginalną, ale całkiem chwytliwą, na szczęście bez przesady. Dominują tu średnie tempa, trochę szybkości i przede wszystkim dbałość o melodykę, która powoduje, że już dzisiaj AL może odróżniać się na tle konkurencji. Zespół typowo scenowy, a potrafiAfter Laughter wykrzesać sporo fajnych pomysłów, zarówno melodycznych jak i aranżacyjnych. Mamy zatem sporo łącznia punka z rock’n’rollem ( „Disappointments”), trasz – punkowe połajanki w „Stab Me”. Jest leciutkie nawiązanie do Fugazi w pracy gitar „Said and Done”, zaś największą inspirację zespół obnaża w „Coffee Isn’t Enough” i „Island”. A jest nią nie kto inny jak Bad Religion. Wprawdzie kopiowanie mistrzów nie zawsze jest dobrym pomysłem, ale AL robi to z klasą i bez utraty własnego oblicza. Sympatyczna płyta.

Laura Palmer z hukiem stara się wkroczyć do królestwa krajowych stonerowców/hard rockowców. Robi to z sercem i umiejętnościami, choć zważywszy na mnogość Laura Palmerkonkurencji, która w takiej działeczce zaczyna niebezpiecznie się rozpychać, nie sądzę, by udało się łatwo Laurze przebić ze skądinąd sympatyczną płytą „The Moon Never Falls Asleep”. Jasne, nie jest to zły album, wszystko wykonane według prawideł i zapięte na ostatni guzik. Jest więc hard rock w „Życie to kąpiel”, są fajne groovy („Two-Lane Blacktop”), przewija się prosty, choć stylowy klawisz a i sporo zwyczajnie mocnego rock’n’rolla się znajdzie („Dynamit”). Bardzo dobrze wypadają kawałki zaśpiewane po polsku a jeśli miałbym się czegoś przyczepić, to np. tego drażniącego po kilku kawałkach stukania w hi – hat na start. Cóż, można było wymyślić parę innych nabić czy zwyczajnie fajniejszych aranżacji otwierających piosenki. Poza tym w normie i formie. Nie wróżę zawrotnej kariery, ale będę się przyglądał.

No i wreszcie Good Lookin’ Out. Załoga znana, obyta w świecie i grająca bardzo zadziornie, o czym możemy się przekonać słuchając płytki „This is it” (Pasażer). Połączenie nowojorskiego, brutalnego stylu, z ruchliwymi aranżami i fastcore’owym zacięciem prezentuje się przede wszystkim dobrze dlatego, że nie ma prawa znudzić. W dodatku niektóre kawałki mają po kilka sekund („Fuck The Police/Fighting my Rights”). GLOA najlepiej wypadają najbardziej klasyczne, hardcore’owe napady drgawki w postaci chociażby „Alive” czy „Regrets Ripped Aparts”. Słychać, że załoga jest wściekła i potrafi grać. Wychodzi z tego może niezbyt nowatorski, ale za to odpowiednio wkurzony, scenowy i zaangażowany materiał. W dodatku na płycie znajdziemy jeszcze bonusik w postaci dema z 2012 roku. Szanujący się skłotowiec i nie tylko może się pokusić.

Na koniec udajemy się do Lublina, gdzie stacjonuje zespół Plug&Play, który, podobnie jak koledzy z Crab Invasion, mocno odstaje od naszej krajowej średniej. Przede wszystkim za sprawą całkowitego odwrócenia się od wszystkiego, co może kojarzyć się z przesterowanym riffem i wrzeszczącym wokalistą. Zespół funkcjonuje już od 2005 roku, Plug&Playma na koncie kilka sukcesów, jedną płytę długogrającą a opisywany tu materiał, to w zasadzie „zajawka” obecnej kondycji grupy. Która jest rewelacyjna. „Reisefieber” wydana została wprawdzie w ubiegłym roku, ale jakoś nie skojarzyłem, żeby pojawiły się specjalnie szalone recenzje tego materiału. Być może dlatego, że zespół gra muzykę, która w Polsce nadal traktowana jest dość podejrzliwie. Indie pop z lekkim, rockowym drivem na naszej przaśnej ziemi się nie przyjął, a szkoda. Cztery numery zawarte na tej ep-ce, to esencja stylu. Krótko – popowy „Cities Never I’ll to go”, duranowato taneczny „Sahara beach” czy funkowy, okraszony żeńskim wokalem „Brand new day”. Grupa ze znawstwem (co nie jest normą…) podchodzi do wykorzystania syntetyków („Like analog tapes”), nie boi się melodii i potrafi odpowiednio, bez przesadzania zaaranżować numery. Słowem – muzyka popularna na światowym poziomie. Nic, tylko czekać na pełnowymiarowego następcę „Why so close” z 2012 roku…

Arek Lerch