SECT – No Cure for Death (Southern Lord)

Koniec ubiegłego roku przyniósł kilka wyjątkowo brutalnych wydawnictw. Jednym z nich był longplay hardcore’owej supergrupy, w skład której wchodzą ludzie tworzący m.in. Fall Out Boy, All Out War czy koncertowy skład Judge. Panowie łoją brutalnie, chamsko, momentami chaotycznie, a jednak ten crust/sludge’owo/metalcore’owy sos ma w sobie coś absolutnie wyjątkowego. O „No Cure for Ceath” rozmawiali Michał Fryga i Grzesiek Pindor

G: Panie kolego, rok kończymy brutalnym longiem Sect, który nadrabia braki w nowej cd Converge. Ballou oczywiście kręci gałami przy tej płycie, ale jakby dodał tej, skądinąd supergrupie wiatru w żagle. Nergal mówił kiedyś, że brzmienie „The Apostasy” będzie kruszyć mury Jerozolimy. Tak bardzo się mylił (śmiech).

M: Faktycznie, „No Cure for Death” to potężny album. Zgodzę się, że bez wątpienia odpowiednia produkcja uwypukla moc tego materiału, jednak zwróciłbym przede wszystkim uwagę na kompozycje. Zespół bardzo fajnie operuje różnorodnymi rozwiązaniami, potrafi w odpowiednim momencie przygnieść ciężkim bidonem, świetnie odnajduje się w szaleńczych galopadach i potrafi wykorzystać pełnię możliwości wokalnych Chrisa Colohana. Porównania do Converge, hm… Tutaj byłbym dość ostrożny, aczkolwiek są wspólne geny. Co jednak najbardziej mnie zdziwiło, to fakt, że Andrew Hurley, bębniarz Sect, jest także perkusistą Fall Out Boy. It’s weird, man!

G: A wiesz, że to właśnie on jest mózgiem tego przedsięwzięcia? W teledyskach mało kto go poznaje, a potem jest właśnie wielkie WOW! Nie spodziewałem się takiego emo pałkera w tak wkurwionej kapeli, a także nie spodziewałem się, że na orbicie zespołów wychodzących spod kurateli Ballou, krążyć będzie taka perełka.SECT band

M: Niestety, Sect nie uniknęli „klątwy Ballou”. Wszystkie płyty, które ostatnio wychodzą spod jego palców, brzmią właściwie tak samo… Na szczęście, tak jak napisałem wcześniej, drugi album Amerykanów broni się dobrymi kompozycjami i dużą różnorodnością i to właśnie w tych aspektach widzę największe zalety tego materiału. Nazwisko Ballou, owszem, medialne, na pewno przyciągające, nie jest tak naprawdę tym, czym zespół musi się chwalić.

G: Ale to tak jakbyś napisał, że polski metal cierpi na klątwę Haldora Grunberga albo Wiesławskich. Mają ludzie z czego i u kogo korzystać, więc niech to robią. Faktem jednak jest, że obecnie nazwisko Ballou mniej mnie elektryzuje, a czasem nieco mierzi, bo mniej więcej wiem, jakiej młócki się spodziewać. Ale czy ja mam go za to winić? Dał z Converge podwaliny pod większą część dzisiejszej ekstremy w hardcorze… Wróćmy do samego Sect – album wali po pysku od pierwszej do ostatniej sekundy. Bez wypełniaczy, sama nienawiść. To dobrze?

M: Oj, nie zgodzę się z Twoim porównaniem… Wracając – oczywiście, że dobrze. Sect wypuścił krótki i intensywny materiał, oparty na – sam przyznasz – raczej niekoniecznie przebojowej muzyce, zatem dziwne, gdyby było inaczej. Z pewnością chłopaki nie zdejmują nogi z gazu i nie bawią się ze słuchaczem w żadne podchody. Budowanie atmosfery? Oczywiście, jeśli mamy na myśli atmosferę wkurwienia. No i to, co powtarzam jak mantrę od początku – mimo, że Sect napierdala na najwyższych obrotach od samego początku, nie ma mowy o jakiejkolwiek monotonii. Riffy, choć agresywne, są dostatecznie chwytliwe, tempa różnorodne (choć też nie chaotyczne), a sam materiał wystarczająco krótki, by ta wysoka intensywność nie zmęczyła. Słychać, że nie za tą płytą nie stoją przypadkowi kolesie.

G: Czyli to taka płyta której wszyscy potrzebujemy, a jednak nie ma jej w żadnych zestawieniach najlepszych krążków tego roku. Być może ze względu na to, że wbrew pozorom takiego grania jest całkiem sporo i nie przemawia tak mocno, jak kolejne black metalowe eksperymenty czy djentowe plumkania. Chwalimy Sect, ale czy jest za co ich ganić?Live

M: Faktycznie, nie jest to płyta, która aspiruje do miana szczególnie rewolucyjnych. To raczej muzyka nagrana przez kilku ewidentnie wkurwionych gości, którzy chcieli po prostu dać upust swoim najbardziej pierwotnym emocjom. Wiesz, nie każdy krążek musi wywoływać rewolucję, a w muzyce chodzi ponoć o to, żeby dawała rozrywkę. A „No Cure for Death” ją daje, pewnie, nawet jeśli to rozrywka agresywna i brutalna. Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje, tutaj jest wprost odwrotnie… A może to forma katharsis? W każdym razie, jedyne, do czego możemy się przyczepić, to właśnie ogólny, mało zaskakujący format, oscylujący w klimatach cięższych odmian hardcore’a i właściwie nie wyściubiający poza nie nosa. Słyszeliśmy to miliony razy, usłyszymy pewnie kolejne, ale nie zmienia to faktu, że ciosy wymierzane przez Sect są wyjątkowo bolesne i precyzyjne. Jednak mało komu udaje się w dość wąskich ramach stylistycznych tak mało stereotypowy album.

G: Precyzyjne, bolesne, ale są momenty, kiedy wychodzi gatunkowa sztampowość i brak polotu. Dobrze to ująłeś, panowie chcą spuścić z siebie trochę pary. Lepiej tak, niż bawić się w eksperymenty jak „wielcy” metalowego grania z Machine Head. O nowym longu twórców „Burn my eyes” jeszcze długo będzie głośno i to w kategorii porażki 2018. Cieszmy się zatem z Sect. Chciałbys dostać od nich wpierdol… na koncercie? (śmiech)

M: Oczywiście (śmiech).

Prania po pyskach zażywali Grzegorz Pindor i Michał Fryga