SCYTHE – Beware the Scythe (Primitive Reaction)

Jakoś nigdy nie byłem fanem Usurper, z którego wywodzi się lider Scythe. Może z wyjątkiem ich wczesnych nagrań, w których w fajny sposób nawiązywali do twórczości Celtic Frost. Tym niemniej, choć ich muzyka jawiła mi się zawsze jako dobra, nie zdołali jakoś nigdy podbić mojego serca. Dlatego po „Beware the Scythe” sięgnąłem bez większych oczekiwań i zostałem bardzo mile zaskoczony. Tak żywiołowej płyty z tradycyjnym death metalem nie słyszałem od czasu „All Guts, No Glory” Exhumed. Znów zatem okazuje się, że najlepiej taką muzykę czują ci, którzy wypili ją wraz z mlekiem matki.

Ok, ktoś mógłby się tutaj przyczepić do etykietki „death metal”, bo w muzyce Scythe mieszają się tak naprawdę wszystkie możliwe odmiany metalu, ale dla mnie to właśnie ona jest najbliższa prawdy – przy założeniu, że ten gatunek wyrasta w prostej linii z venomowskiego „Welcome to Hell”. Dorzućcie dwie łyżki thrashu, ciężar demówek Death i Massacre, skrzydło nietoperza, garść rumianku i liść pokrzywy, a otrzymacie przybliżony obraz tego, co znajduje się na „Beware the Scythe”. Jak zwykle w przypadku tradycyjnego metalu, cały sukces opiera się na chwytliwych riffach i dobrych kompozycjach i na tym polu Scythe radzi sobie doskonale. Coraz rzadziej zdarza mi się trafić na płytę z tych rejonów stylistycznych, która nie wzbudza ziewania już na etapie drugiego utworu, albo nawet przy samym czytaniu tracklisty. Tutaj wszystko jest na miejscu, począwszy od rozkosznie infantylnej okładki, aż po samą muzykę, która mimo oczywistej i na swój sposób przewidywalnej formy wciąga i zachęca do wielokrotnego słuchania.

Wypada zatem cieszyć się, że Rick Scythe nie dał za wygraną po rozpadzie Usurper i postanowił udowodnić światu, że nadal wie jak należy grać metal. Mnie zaś pozostaje chyba przeprosić się z twórczością tych ostatnich, bo czuję podskórnie, że nie poświęciłem jej tyle czasu, na ile zasługiwała. Strzeżcie się kosy!

Michał Spryszak