SCYLLA – Pestilence, War, Famine and Death

Materiał ten ukazał się na rynku chwilę temu lecz dopiero teraz płyta dojrzała do tego by poświęcić jej więcej czasu. Scylla gra muzykę niełatwą, aczkolwiek w kontekście naszej sceny jest to granie oryginalne i dość odważne. Takie podejście do tworzenia może spowodować dwojaki skutek. Dobrze, jeśli chęć stworzenia czegoś oryginalnego przyniesie owoc w postaci ambitnej i inteligentnej muzyki. Czasem zdarza się jednak, że chęć by na siłę wyróżnić się z tłumu przynosi nam dzieło trudne do strawienia lub poprostu słabe. Scylla staje na wysokości zadania i bez kompleksów serwuje album, który powinien narobić trochę pozytywnego zamieszania.

Muzyka jaką stworzył na swoim debiucie zespół należy do tych zakamarków sceny, które przeciętnemu zjadaczowi razowca przysporzyć mogą niemały problem. Trudno jest bowiem ot tak przyjąć muzykę, która nie daje się łatwo i szybko wrzucić do dobrze znanej szufladki. Taka przypadłość szczególnie chyba trapi fanów ciężkiego rock’n’rolla w naszym kraju; lubimy to co znane, nie lubimy, gdy coś odbiega od normy. A z tym, że Scylla odbiega od black/death’owych kanonów, nikt chyba nie będzie dyskutował.

Metal core wymieszany z elektroniką, growle na tle melodyjnych gitar to niezbyt typowe składniki, z których buduje się ciężką muzykę w kraju nad Wisłą. Na początku cały ten koktail mocno skojarzył mi się z tym, co robi Periphery – podobnie elokwentna, poszarpana, doskonała pod względem technicznym i nowoczesna jest to muzyka. Jednak Scylla przyprawia swoje danie zdecydowanie mocniej, sięgając nawet do patentów zarezerwowanych dla death metalu. Podoba mi się, że „Pestilence…” mimo nagromadzenia w jednym miejscu czasem dość skrajnych gatunkowo pomysłów, jest płytą spójną i każdy z elementów tej muzycznej układanki ma tu swoje ściśle przypisane miejsce.

Scylla to zespół świadomy tego, co robi lecz pojawił się on w złym czasie i miejscu. Rynek takiego grania nasycił się już gwiazdami z pierwszych stron muzycznych periodyków i kolejne zespoły, choćby nie wiem jak autentyczne i oryginalne, mają wielki problem z tym żeby zaistnieć w szerszej świadomości. Mam jednak nadzieję, że moje czarnowidztwo okaże się nieuzasadnione bo muzyka jaką otrzymujemy na „Pestilence…”  jest naprawdę wysokiej próby.

Wiesław Czajkowski

Cztery i pół