SCOTT KELLY/STEVE VON TILL/WINO – Songs of Townes van Zandt (Neurot Recordings)

Jakiś czas temu wychwalałem na niniejszych łamach album duetu Weinrich/Ochs, małe arcydziełko i jedno z najlepszych wydawnictw tego roku. Na „Heavy Kingdom” znalazła się między innymi interpretacja utworu Townesa Van Zandta, niewątpliwie ojca opatrznościowego tego projektu. Ostatnie tygodnie przyniosły sympatyczny suplement do tej płyty, zbiór kowerów ikony outlaw country w wykonaniu Wino oraz dwóch członków Neurosis, jedynych powszechnie kojarzonych z nazwiska – Steve’a von Till’a i Scotta Kelly. I chociaż trudno mówić o objawieniu, to płyta przynosi ogromną dawkę muzycznej satysfakcji wprost z dna zbolałego serca.

Nim przedwcześnie pogalopował do krainy wiecznych łowów, Townes Van Zandt spożywał, zażywał, obcował z paniami, a w międzyczasie zarejestrował kilka fantastycznych płyt, które zasłużenie stanowią dziś kanon country/folkowej songwriterki w najlepszym amerykańskim wydaniu. Kilkanaście lat po jego śmierci pokłon składa mu trzech szarpidrutów, wyrosłych co prawda na hardcore’owym łomocie, ale w autorskiej twórczości wieku adolescencji operujących podobnym spektrum emocji i nastroju co twórca „Our Mother The Mountain”. Uczciwie trzeba przyznać, że mimo generalnie spójnego i bardzo przyswajalnego charakteru całości, jest pewna luka jakościowa między wokalistą Saint Vitus a młodszymi kolegami. Neurosis wielbiąc czołobitnie, nie jestem raczej fanem satelickich projektów członków tego wybitnego kolektywu – wykonania Scotta Kelly, jakkolwiek solidne i nastrojowe, bronią się raczej siłą oryginału, Steve Von Till natomiast chwilami zbliża van Zandt’owską nutę do własnego Harvestman tudzież najspokojniejszych momentów „The Eye of Every Storm” (doskonały „The Snake Song”, jeden z najjaskrawszych utworów na płycie). Tymczasem z wysokiego klifu macha kolegom Scott Weinrich, który paradoksalnie gra tu z całej trójcy najbardziej oszczędnie i najwierniej względem oryginałów. Jego interpretacje nie strzelają fajerwerkami, ale palą się podskórnym bluesowym żarem. Młodsi koledzy z szacunkiem i wielką klasą wykonują cudze utwory, podczas gdy Wino gra, jakby te trzy perełki skomponował sam, między jednym rozwodem a drugim odwykiem, które były udziałem Van Zandta w jego „złotych” latach. Ot, niewymierzalny pierwiastek autentyczności, który decyduje o tym, że wszystkie (no… większość, powiedzmy) dzieła tknięte struną gitarową i głosową Weinricha mają własny, unikalny charakter, bez względu na szufladkę gatunkową – i, jak się okazuje, autorstwo utworu.

Nie ma sensu rozpatrywać „Songs of Townes Van Zandt” w kategorii „wydarzenia”, bo to jednak raczej przyjemna ciekawostka, choć sama w sobie bardzo wartościowa. Oczywiście najlepiej sięgnąć po oryginały i sukcesywnie zgłębiać dorobek wielkich zaoceanicznych bardów, ale z powodzeniem można sobie ten album postawić na półce (a jeszcze lepiej – wrzucić do zmieniarki CD) między wspomnianym „Heavy Kingdom” a „Americana” Neila Younga, które stanowić będą idealny punkt wyjścia do dalszych poszukiwań.

Bartosz Cieślak