SCARECROW – Deo Optimo Maximo (Thrashing Madness)

Tak się śmiesznie poskładało, że na Violence Online robię za etatowego recenzenta wydawnictw krakowskiego Thrashing Madness. Dawno zdechły ze starości psy, które wygrzebały ze śmietnika i zżuły jedyną parę glanów jaką w życiu miałem,  ale uprawiana przez Leszka metalowa archeologia regularnie dostarcza mi sporo frajdy. Nie inaczej jest z reedycją demówki Scarecrow, którą cieszę się jak dziecko zastanawiając się jednocześnie komu i w jaki sposób mogę ją zarekomendować.

Opisując odrestaurowane w formacie cyfrowym leszkowe wykopaliska odmieniam przez przypadki słowa „surowość”, „prostota”, „pierwotna energia” itd. Jeśli te określenia padły w opisie odrestaurowanych demówek Ghost czy Armagedon, to jakich użyć rozmawiając o „Deo Optimo Maximo”? Obiektywnie, ten materiał to prymitywny, fatalnie brzmiący hałas nagrany w jakiejś szopie przez ludzi średnio radzących sobie z graniem i nagrywaniem. Jak na garażowe standardy 1989 roku brzmiało to pewnie w okolicach średniej krajowej – jako reedycja w 2016 wywołuje co najmniej konsternację. Nawet przy nieśmiertelnej modzie na „oldschool”, to po prostu rzężący trup.

Nie zmienia to faktu, że w tych zwłokach, jak Leonardo di Caprio w końskim truchle, tkwią nienajgorsze numery. Udowodnił to choćby Vader nagrywając na „Future of the Past II” świetny kower „Ostatniego Sakramentu”. Nie jest to oczywiście poziom porównywalny z nagraniami demo klasyków thrash/death metalu, ale tak czy owak „Deo Optimo Maximo” tumani i przestrasza nie tylko jakością wykonania. To także ciekawy dokument z czasów zanim metal poszatkował się na ściśle określone gatunki, szufladki i etykietki. Takich, w których black metalem był i Bathory, i Sodom, i pierwsze płyty Sarcofago czy Morbid Angel. Scarecrow nie jest „oryginalny” w ścisłym sensie wnoszenia czegoś własnego do gatunkowego kanonu – na to zabrakło może umiejętności, może pomysłów,  a może czasu. Jest w tym głupim rzęchocie cała masa szczeniackiej energii, którą można nazwać prymitywnym speed metalem, black metalem pierwszej fali albo crustpunkiem na obrotach Slayera… ale nie ma to sensu, bo to po prostu głupi rzęchot. I jako taki cieszy mnie niezmiernie, bo w tych nieczytelnych riffach, koślawych bębnach i wokalu z toną pogłosu jest mnóstwo esencjonalnie metalowego hałasu. Takiego, przy którym „In The Sign of Evil” brzmi jak koncert Porcupine Tree w studio Trójki.

Jak to w Thrashing Madness, płyta wydana jest na bogato. Jako bonus mamy demo Indulgence, czyli następców Scarecrow, a oprócz tego dysk DVD z koncertem (!) rzeczonego Indulgence i pełną archiwalnych materiałów książeczkę, która właściwie nie mieści się w pudełku. Wygląda to tradycyjnie imponująco i… onieśmielająco biorąc pod uwagę, że w momencie nagrania docelowym nośnikiem „Deo Optimo Maximo”  była zjechana kaseta Stilonówka z różową naklejką. Nie mogę tego materiału z czystym sumieniem nazwać „perłą polskiego podziemia”, ale przecież on nie powstał po to, by za trzydzieści lat zawojowywać muzea rocka. Miało być głośno, szybko i bez oglądania się za siebie. Ta energia nie wygasła. Nie każdemu Scarecrow podładuje baterie, ale na pewno jest na tym demo ten metal – fajny lub nie, jak kto lubi – który w XXI wieku może być tylko podróbką.

Bartosz Cieślak