SAULE – Saule (Avantgarde Music)

Saule nie brzmi jak polski zespół. Nie, nie chcę tutaj wcale wytknąć, że polskie to złe, bo jest wręcz przeciwnie – żeby daleko nie szukać, weźmy chociażby taką Instant Classic, wszystko co ostatnio ukazuje się pod tym szyldem to przecież czyste złoto. Tym razem zatem nie mam zamiaru strzępić ryja, że WRESZCIE gonimy Zachód, że jesteśmy już tuż, tuż, już prawie łapiemy ten mityczny Zachód za stópki. Nie chcę też stawiać tyleż odważnych, co i w pewnym sensie prawdziwych teorii, że polski niezal, metal i wszystko co dookoła to samo dobro. Wielu mądrzejszych ode mnie już to powiedziało, nie widzę sensu w powtarzaniu ich słów. Chodzi mi tylko i jedynie o to, że ten charakterystyczny dla większości polskich grup słowiański pierwiastek – zwłaszcza tych, o których ostatnio mówi się najwięcej – jest w muzyce sosnowieckiego Saule dość dobrze ukryty i nie aż tak namacalny. Ale w końcu wyszedł. I to dopiero od tej chwili „Saule” zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie.

Pierwszą i najbardziej oczywistą myślą, która pojawia się mniej więcej od połowy „I”, jest skojarzenie z Black Heart Rebellion. Rzeczywiście, chłopaki podobnie stopniują atmosferę, podchodzą do kwestii melodii i budują nastrój swoich kompozycji. Belgowie brzmią jednak bardziej organicznie, nieco cieplej. Saule nie otula tak brzmieniowym płaszczykiem, stawiając raczej na większą izolację, zagubienie i niepokój. Do swojej propozycji dorzucają istotnie sporo ciężaru, lawirując od łagodnych, post-rockowych pasaży po mocne, pełne pierwotnej agresji wyprawy na granice (post)black metalu (najwyraźniejsze w „III”, gdzie partie wokalne dość znacznie zbliżają się do typowego skrzeku, aczkolwiek w tym przypadku zespół decyduje się także na pójście bardziej w stronę post-metalu czy sludge’u – oczywiście tego z przedrostkiem „atmospheric”). Świetnym zwieńczeniem albumu jest „V”, w którym typowa, post-rockowa ściana dźwięku naprawdę brzmi jak pierdolony armagedon. Krótko mówiąc, chłopaki z wielkim wyczuciem stworzyli świetny album, mimo że do jego budowy użyli sprawdzonych, żeby nie powiedzieć nieco już zużytych klocków. Mimo pewnych drobnych wpadek aranżacyjnych (np. zupełnie nie podoba mi się słodkawy początek „I”), słychać, że panowie mają otwarte głowy i przede wszystkim mnóstwo rozsądku. Teoretycznie wszystko to już słyszeliśmy – zwłaszcza osobno – a jednak mimo to Saule brzmi stosunkowo oryginalnie, z charakterem. A to przecież dopiero debiut! Jeśli chcecie dodatkowej rekomendacji, to proszę bardzo – Satanic Audio. Stamtąd gówno nie wychodzi.Saule

Warto zatem zwrócić na Saule uwagę. Już teraz, na etapie debiutu, nagrywają dla Avantgarde świetny, dojrzały i bardzo przemyślany materiał, stojący na granicy post-rocka i post-metalu, nie tyle powielając ograne patenty, co przekuwając je w coś swojego, w nową jakość. No, może się trochę zapędziłem z tą nową jakością… W każdym razie słucham tego krążka po raz n-ty i w ogóle jeszcze mnie nie zmęczył, a wręcz przeciwnie, wciąż chcę to robić. W końcu, jak to się mówi, mądrych to i dobrze posłuchać.

Michał Fryga

Zdjęcie: Agnieszka Szymczyk

Cztery i pół