SATYRICON – Satyricon (Roadrunner)

Istnienie czegoś takiego jak album idealny – owo marzenie tysięcy muzykantów – jest mityczną nieprawdą, bo gdyby takowy powstał – nic już nie dałoby się na muzycznej niwie uczynić.  A tak, nie dość, że zespoły mają pełne ręce roboty, to jeszcze krytycy, owi niedorobieni muzykanci, niespełnieni artyści, za włosy mogą się ciągać, udowadniając swoje racje. Taką kością niezgody, na której nie ma już ani grama mięsa, jest nowy album Satyricon, o który, niczym przedstawiciele wiece szanowanej rasy, wspomnianą kość pasjami lubiącej, pożarli się dwaj miłośnicy metalowego mięsa –  Kuba Kolan i Arek Lerch. Co i rusz padały z każdej strony sążniste argumenty, ważono słowa i stosowano dobitne metafory.  Efekty batalii poniżej – pójdźcie i skosztujcie jak smakuje norweskie duo w 2013 roku.

K.: Dzisiaj poddaję się wespół z Satyricon i ich nowym dziełem smutkowi wolnemu od ironii i pokusy recenzenckiej ekwilibrystyki. Choć nic wielkiego w zasadzie się nie stało. No właśnie. Zapowiedzi Satyra wskazywały na odrodzenie zespołu poprzez odejście od formuły ostatnich albumów, na nowy początek starego wszechświata, na powstanie nowej platformy poszukiwań – cytuję: „dla black metalowego ruchu”, nawet jeżeli ta nadal miałaby opierać się na dwóch żółwiach o imionach „black” i „rock”. Ale „zespół” (cudzysłów zamierzony) zainfekował jakiś wirus amnezji albo celowo połknął tą niebieską (a może czerwoną?) pigułkę, chcąc zapomnieć o tym co już zagrał, co pozwoli mu na udawanie, że materiał pokazuje jakieśSatyricon odmienione oblicze zespołu. Po pięciu latach wydawniczego milczenia brzmienie i ogólna charakterystyka riffów pozostały w zasadzie niezmienione. Same utwory sprawiają wrażenie odrzutów z albumu „The Age of Nero”, które nie załapały się na krążek z uwagi na mniejszą zwartość i zawartość czarnej materii. Nawet jeżeli nowy album w założeniu tak chwytliwy miał nie być, to nie ma wiele do zaprezentowania w zamian. Swoiste „novum” w postaci bardziej rozmemłanego grania pokazuje próbę wskrzeszenia nie wiadomo jak potężnych emocji i reakcji słuchaczy, ale przy tych wymęczonych, na siłę posklejanych riffach ginie owa refleksyjność polegająca właśnie na niezwracaniu uwagi na technikalia płyty. Miało być dojrzalej, dostojniej i naturalniej. I było. Ale na płycie „The Age of Nero”.

A.: Przekleństwo dziennikarskiej pracy polega na wiecznych porównaniach i w tym miejscu taka powinna być odpowiedź na Twoje zarzuty. Różnica między nami polega na tym, że ty czekałeś na efekt zapowiedzi o zmianach, a ja na nic nie czekałem i właśnie podejście do tej płyty bez jakichkolwiek obciążeń powoduje, że zwyczajnie dobrze się jej sucha. Więcej – z całym szacunkiem, jeśli uważasz, że rozbudowany, epicki „The Infinity of Time and Space” brzmi jak odrzut z sesji „The Age of Nero”, to… wolę te odrzuty, bo brzmią bardziej przekonująco. Satyricon jest dzisiaj – w moim odczuciu – zespołem wolnym od presji otoczenia i tylko kaprysem jest fakt, że nadal chce im się sięgać do najczarniejszych elementów podziemia. Mam wręcz wrażenie, że o wiele lepiej, swobodniej czują się w tych, jak to ująłeś „rozmemłanych” fragmentach, które ja nazwałbym wręcz post rockowymi. Taki postrockowy Satyricon bardzo mi odpowiada, tym bardziej, że owe eksperymenty wymieszane są z odpowiednią lutą co wychodzi Satyricon zdecydowanie ciekawie. Miało być dojrzalej, bardziej naturalnie. I jest. Lepiej niż na – skądinąd znakomitej – „The Age of Nero”…

K.: Zaiste chwalebne jest słuchanie płyty bez uprzedzeń czy antycypacji – świętych grali muzycznego dziennikarstwa. Ale zespół z tak pokaźną dyskografią i wyrobioną marką, paplający o muzycznej rewolucji, sam błaga o porównania, sam wystawia zadek na recenzencki kop. Ja tylko spełniam jego życzenie. Skoro teraz uderzamy w bardziej uspokojone (wróć – rozmemłane) granie, gdzie według podręcznika zawody wygrywa się grając ciszą, klimatem, niuansem, to trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie czy „bozia dała” czy nie dała. A Satyr i Frost nie mają papierów na takie granie. Mówisz ogólnikowo, że czują się lepiej i swobodniej w tym rozwleczonym graniu. Nie wystarczy sprowadzić blastów do żółwich temp, nie wystarczy zagrać w utworze pięciu różnych, usypiających monotonią melodii, których nagromadzenie wynika z braku umiejętności doprowadzenia do punktu kulminacyjnego utworu; tu potrzeba hartowania już nie tak metalowej stali w jakiś składach właśnie – jak to ująłeś – post rockowych, gdzie można nauczyć się wypełnić eter czymś bardziej dojmującym niż (notabene świetny) „Crown on the Tombstone” w zwolnionym tempie. A jeżeli pada tu przymiotnik „post rockowy”, to może tłumaczy to ogólny marazm tej płyty. Tyle, że na albumach post rockowych przemawia się prostotą małych dźwięków tworzących muzycznie wielkie piosenki. Na „Satyricon” pojawiają się „wielkie” dźwięki a wraz z nimi krępująca wręcz mielizna, wypełnienie przestrzeni łopatologiczną perkusją, nieistniejącym basem. W tym nic nie dzianiu się niby to potężna gitara brzmi sztucznie, niewiarygodnie. Ta potęga razi jakąś wysiloną megalomanią a nie introwertycznym, post rockowym wejrzeniem w siebie, razi roszczeniem tworzenia wielkiego dzieła. Tu widzę stosy tabulatur, słyszę riffy posklejane na siłę, rażące sztuczną wielkością, w której jest jakaś pustka, ale nie pustka przejmująca chłodem, nicością – pustka, która prosi o dopowiedzenie, o wypełnienie jakąś (głębszą) treścią. Czy słyszysz tą nieudaną próbę uczynienia z „Voice of Shadows” jakiegoś zabiedzonego hymnu? Czy słyszysz ubogość środków dla tego rodzaju formy? A to rozpaczliwe szukanie przez Frosta najlepszej wersji patternu do jednostajnej partii gitarowej Satyra. Albo niby to (cytując Ciebie) „odpowiednio lutującego” utworu „Walker Upon The Wind”, gdzie łączenia riffów są bardziej wysilone niż nowy image Miley Cyrus? Nie wiem więc na jakiej podstawie uważasz, że zespół brzmi „bardziej przekonująco”. Bo zrobił płytę, która spodoba się mniejszej ilości słuchaczy i w ten sposób bardziej uwiarygodnił się jako kapela grająca co chce i jak chce? Za postawą „wolności od presji otoczenia” musi iść jeszcze dobra muzyka…Satyricon 2013

A.: Ha, zacznę może od braku basu, czyli brzmienia. Widać, że słuchaliśmy różnych płyt, albo przynajmniej z różnych nośników (śmiech…). Bo mój nośnik dał mi BRZMIENIE! Wreszcie. Nowy Satyricon to pierwszy krążek tej załogi, na którym potraktowano ów „nieistniejący” dla Ciebie bas po ludzku, czyli SŁYCHAĆ go i wreszcie wszystko brzmieniowo złapało równowagę, to także pierwsza płyta Satyra z tak dobrze zrealizowanymi bębnami. Zespołowi udało się osiągnąć idealną wręcz transparentność, w stosunku do poziomu hałasu. Niemal idealne proporcje. Dalej – post rock to dla mnie nie prostota małych dźwięków (śmiech…). To raczej sposób myślenia o przestrzeni, którą akurat Satyr całkiem udanie namalował/wykreował. Efekt jest taki, że płyta nie jest duszna, nie przygniata niepotrzebnym ciężarem a najważniejsze jest to, że jej zróżnicowanie, właśnie przez zastosowanie tychże post rockowych środków wyrazu, powoduje, że w zasadzie każdy numer można łatwo zapamiętać. Ok, dla kogoś, kto katuje od lat „Mother North” (i to nie jest przytyk do Ciebie, szanowny Jakubie…), może miejscami jest to krążek zbyt nie – black metalowy (a w przypadku „Phoenix” to nawet niemetalowy a – o zgrozo – piosenkowy!!), ale chyba nie będziemy zarzucać Satyrowi, że chce próbować nowych rzeczy. Co do papierów lub ich braku – idąc Twoim tropem, jedynymi zespołami, które mogą taka muzę grać są ISIS i Neurosis?! Na tej płycie – moim zdaniem – zespół nie sprowadza blastów do żółwich temp, bo tych pierwszych jest tu zaledwie sztuk dwa (w „Walker Upon the Wind” i „Ageless Nothern Spirit”), reszta to całkiem ciekawa próba zmierzenia się właśnie z inną materią muzyczną. Jasne, że raz lepiej (wspomniany już „The Infinity…”) raz gorzej („Nocturnal Flare”, choć i tak nie jest to zły numer…), ale, co najważniejsze – próbują. Sorry, ale z Twojej, wypowiedzi wyziera próba wtłoczenia zespołu w określone ramy, na zasadzie – Metallika gra trasz, Death – death a Red Hot funk i broń Szivo, jeśli któryś chciałby zrobić skok w bok. Dla mnie właśnie te próby świadczą o tym, że zespołowi nadal się chce kombinować. A efekt? Cóż, każdemu wychodzi raz tak, raz tak… Ty widzisz stosy tabulatur i rozpaczliwe szukanie jak połączyć jeden riff z drugim, ja widzę – ARANŻACJĘ, bo tym właśnie owe próby są. Ilość słuchaczy – to już zupełnie subiektywnie dyskusyjna sprawa… Szczególnie w 2013roku.

Studio nagraniowe - od środka

Studio nagraniowe – od środka

K.: Akurat wyłapałeś z mojej wypowiedzi jej najmniej istoty element, który nie stanowi trzonu zarzutu (nieistniejący bas), a jedynie jest objawem poważniejszej choroby – braku umiejętności aranżowania przestrzeni muzycznej, czyli czymś co Twoim zdaniem tutaj się udało, bo płyta „nie jest duszna, nie przygniata niepotrzebnym ciężarem”. A ja zobaczyłem w tej przestrzeni wielkiego gramolącego się słonia, który nie pozwala nikomu zatrąbić; żadne inne zwierzę nawet nie piśnie przy tych słoniastych riffach. Jeżeli tak „udanie” aranżują przestrzeń post rockowcy właśnie, to ja nie słyszałem jeszcze tak nieudanego albumu post rockowego (nie mówię tu o „Satyricon”). Transparentność? Czyli nowe znaczenie nadane brakowi pomysłu na wypełnienie przestrzeni czymś poza wymęczoną gitarą i tuptającą za nią perkusją? Żeby grać mniej dźwięków, trzeba mieć więcej do powiedzenia, a tu wokabularium jak za czasów „Volcano”, a chęci z półki post rockowców właśnie. Jak powiedziałem, papierów nie ma (a wyrobienie trochę pracy i czasu zajmuje). Rzecz jasna zakamuflowany zarzut jakobym miał dbać o czystość gatunkową muzyki jest zgoła nieuzasadniony. Przecież napisałem w ostatnim akapicie, że wolność – bardzo proszę – ale nie za cenę dobrej muzyki – przynajmniej ja temu nie przyklasnę. Cieszę się, że widzisz tu aranżację, ale na nieszczęście pisowni języka polskiego nie wymyślono jeszcze litery mniejszej niż mała litera, a taka tutaj przydała by się bardzo. Z formalnego punktu widzenia „ona (aranżacja) tu jest i tańczy dla mnie”, ale to jakaś znudzona, postarzała striptizerka. Uciekasz chyba trochę od odpowiedzi na moje zarzuty co do przekombinowania, wysilonego patosu szczególnie w warstwie gitarowej, sklejek riffów.

A.: No tak – czyli mamy nudę, będącą wynikiem tego, że post rockiem (czy też jego elementami…) zajęli się black metalowcy. Niestety, cały czas mam wrażenie, że gdyby „Satyricon” był płytą nie –satyricona, problem sam by się rozwiązał, natomiast w naszym przypadku Satyr i Frost dokonali czegoś w rodzaju świętokradztwa. Nuda – to pojęcie skrajnie subiektywne. To co dla Ciebie jest nudą, dla kogoś innego (dla mnie?) będzie oszczędnością. Może to jednak problem nazewnictwa? Z jednej strony ganisz nudę, ale narzekasz też na przekombinowanie. No to ja uderzę jeszcze mocniej – moim zdaniem w tych numerach wyczuwam raczej równowagę, którą zespół osiąga środkami ascetycznymi i rozgrywa swoje muzyczne pomysły bez pośpiechu i na pewno nie jest – sam – znudzony. Ok, może być manieryczny, ale przecież ten band zawsze w pewnym sensie tak się prezentował. Dla mnie ważne jest, że „Satyricon” to krążek, który potrafi zaskakiwać, bo Satyr wyraźnie – i to jest chyba klucz do szczęścia – ma/miał wszystkich w głębokim poważaniu. Bo gdyby chciał uniknąć niepotrzebnych kontrowersji nie bawiłby się w takie numery jak „Phoenix” czy hardcore’owy wręcz „Our World”, darowałby sobie rock’n’rollowe wtręty w „Nekrohaven”, zmusiłby Frosta do szybszego przebierania nogami i wszyscy posikaliby się ze szczęścia. Ale on woli robić rzeczy po swojemu. Poza tym, zauważ, że po premierze każdej płyty Satyricon podnoszą się głosy krytyki, oburzenia i rozczarowania. Tak było przy „The Age of Nero”, jeszcze bardziej przy „Now, Diabolical”, podobnie i teraz. A za jakiś czas, kiedy zespół przyjdzie na koncerty, młodziaki będą się domagać Feniksa, tak jak dotychczas – „Now, Diabolical”, zobaczysz. Na tym polega magnetyzm tej bandy. A może Satyr tak po prawdzie chce zostać rock’n’rollowcem i powoli dąży w tym kierunku? W tym tempie za 10 lat zostanie Mustaszem black metalu (śmiech…).

Studio z zewnątrz

Studio z zewnątrz

K.: I ponownie łapanie za słówka – gdzie napisałem, że płyta jest „nudna”? To striptizerka-aranżacja została zamęczoną tym sztucznym majestatyzmem do granicy zblazowania, nie ja – słuchacz. Aranżacja (duże „a” z uwagi na początek zdania) stała się po prostu zakładnikiem tych wydumanych, posklejanych na siłę riffów. Widzę, że barwność mojego porównania przysłoniła Ci subtelności mojej wypowiedzi (śmiech). Nie ganię zatem nudy, stąd nie ma tu dysonansu z twierdzeniem o przekombinowaniu. Piszesz, że cały czas masz wrażenie, że (mój) problem polega na niezgodzie co do „nowej” stylistyki Satyricon. Doprawdy nie wiem, z którego fragmentu mojej wypowiedzi to wywnioskowałeś. Jak pisałem, Satyricon może grać co chce – post rocka, oi! czy ska, byle miało to „trójkowy znak jakości”. Żeby uciszyć kolejne wtręty na temat nieuświadomionego przeze mnie kustoszowania w muzeum imienia Sigurda Wongravena – nie jest tajemnicą, że moją ulubioną płytą Satyricon jest „The Age of Nero”, zatem jestem w tej mniejszości, dla której późniejsze dokonania Satyricon są nie gorsze od tych „jedynie słusznych”. Nie sądzę dlatego i ponadto, że za kilka lat ugną mi się kolana przed wielkością takiego „Phoenix” – takie rozluźnione granie mój organizm przyswaja od lat. Oszczędność? No cóż, ubodzy są oszczędni z przymusu – i tak postrzegam przypadek Satyricon; jak się nie ma choćby połowy talentu Toby’ego Driver’a z Kayo Dot, to dwuosobową orkiestrą trzeba dyrygować toporem (wyjątkiem jest tu zamykający płytę „Natt” i „Phoenix”). Jeżeli argumentem w dyskusji o jakości muzyki jest niezważanie na głos słuchaczy i że – jak to ująłeś – „najważniejsze, że próbują”, to spór wykracza poza ocenę muzyki jako takiej i nasza „ustawka” musiałaby przenieść się z łamów magazynu muzycznego do gazetki osiedlowego domu kultury, który może pochwalić wieloma zdolnymi wychowankami odgrywającymi na flecie „Seek And Destroy”; oni też fajnie próbują, a że – jak pisałeś – „raz lepiej, raz gorzej”…

A.: Olśniło mnie! Drogi Kubo, Ty po prostu nie lubisz tej płyty, nie chcesz polubić i nie możesz, ze swojego punktu widzenia! Tym samym nic dobrego w niej nie znajdziesz… Ale doceniam szczerość jaką jest deklaracja miłości do „The Age of Nero”, co szanuję i jedynie gdzieś tam, w głębi duszy żywię nadzieję, że kiedyś – może jednak kolana ugną się przed „Phoenix”, może potem docenisz „The Ageless…” i „The Infinity…”, by w końcu pokochać całą płytę Satyricon, która wtedy, gdy to nastąpi, będzie już tylko starą płytą Norwegów… albo ostatnią, bo kto wie, jakie losy staną się udziałem Satyra i Frosta?

K.: Szanowny Arkadiuszu, trudno żebym polubił płytę kierując się innym punktem widzenia niż swój własny! Moja ocena tej płyty to nie opinia zbiorowa, wypadkowa plotek czy antagonizmów. Podstawiłem kilka ciężarówek wypełnionych po brzegi rzeczowymi argumentami przemawiającym za (subiektywnym) uznaniem tej płyty jako nieudanej. Zarzut, że nie chcę polubić tej płyty jest zatem bezpodstawny. Domniemany sprawca zbrodni zatwardziałej obrony poczynionych z góry twierdzeń po prostu nie ma motywu. Swego czasu na jednym z forów oceniano ostatni album Peste Noire. Jedna z osób poddała ów album surowej krytyce. Z jej wypowiedzi wynikało, że zna osobiście Sale Famine, który to wyrządził jej jakieś krzywdy moralne. To jemu można było zarzucić osobiste uprzedzenia do artysty i jego dzieła, które mogło (choć nie musiało) przesłaniać możliwie obiektywną ocenę płyty. Nie mam innego niż czysto muzyczny powód, by dyskredytować „Satyricon” jako dzieło dotknięte w swoich momentach brakiem dobrego smaku. Zresztą, ze strony Satyra i spółki spotkało mnie w przeszłości tylko wiele dobrego. Odpierając zawczasu zarzut jakoby uczucie rozczarowania miałoby zupełnie oślepić mój osąd, odsyłam do zdania numer trzy tej riposty. Pozwól, że egoistycznie nie będę życzył Ci tego, aby Satyricon kroczył w przyszłości tą „nowo obraną” drogą, która tak przypadła Ci do gustu. Bo o co nowego będziemy się wtedy spierać?

Dyskutowali Kuba Kolan (sprytnie zakamuflowany jako K.) i Arek Lerch (zgadliście, A.)

Zdjęcia: archiwum zespołu