SATYRICON – Deep Calleth Upon Deep (Napalm Records)

Nowa płyta Satyricon będzie jak zwykle powodem do ciągania się za łby wśród wiecznie niezadowolonych kibiców Satyra i Frosta. Trudno im wygodzić a jak dołożymy do tego fakt, że zespół idzie swoim, konsekwentnym szlakiem, wiadomo, że będzie ciekawie. Kłócimy się i my. Bo koledze Grzegorzowi płyta się nie podoba, zaś mnie przypadła do gustu. Bo jest wyrazem swobody artystycznej, pozwalającej zespołowi w 2017 roku grać w zasadzie wszystko, na co przyjdzie im ochota. Może i jest ta płyta nieco chaotyczna, może pojawiają się zaskakujące pomysły, ale dzięki temu nie będziesz się, słuchaczu nudził. I nadal jest to surowy black metal. Dla mojego rozmówcy rozczarowanie roku, dla mnie – płyta może nie tak dobra jak poprzedniczka, ale z paroma autentycznie ciekawymi fragmentami, choć okładka faktycznie budzi kontrowersje… 

Grzesiek: Nie spodziewałem się, że kandydat do miana największego rozczarowania tego roku, jawić się będzie w black metalowych barwach. Mało tego, ostatnie płyty Satyricon utrzymywały dość równy poziom, ale za to sporą rozpiętość stylistyczną, która podobała się zarówno wielbicielom Motörhead i Turbonegro, co czcicielom blastów. A tu proszę, „Deep Calleth Upon Deep” okazuje się być gniotem, surowizną bez ładu i składu i zwrotem ku „true norwegian black metal”. Po co i dla kogo, Arku?

Arek: To kolega pojechał, że tak kolokwialnie zagaję. Mam chyba trochę inny punkt widzenia. Jako hardcore’owa świnia – jak nazwał mnie pewien znany muzykant z zespołu na R – osoba mająca do metalu stosunek w ostatnich czasach dość ambiwalentny, traktująca powagę i gatunkowe spięcie pośladów z kpiącym uśmieszkiem, przyjąłem nowy Satyricon ze sporą dawką sympatii. Nie, to na pewno nie jest zła płyta. Bo nie oczekiwałem żadnych konkretów po tej produkcji. Poprzedni krążek uważam za bardzo udany a aktualny powrót do surowizny – czyli całkiem niezłego brzmienia – to tylko połowa prawdy o „Deep Calleth Upon Deep”. Bo ta druga część to spore zróżnicowanie, wcale nie bez ładu i składu. Owszem, nie jestem jakoś bezkrytyczny i też wyłuskałem z tej płyty parę fragmentów jedynie przeciętnych, ale są one kontrowane kilkoma kawałkami, które bardzo będę chciał usłyszeć na koncercie. Dlatego z „gniota” musisz się wytłumaczyć (śmiech).

Grzesiek: Ano gniot, w sumie właśnie przez to brzmienie. Dzisiejszy black metal potrafi ścinać głowy soundem, że wspomnę o naszej Mgle, a cholera, nie chciałem tego robić. To co najbardziej odrzuca w tym wydawnictwie, to właśnie jego flegmatyzm, surowizna i momentami straszliwa wręcz toporność.Satyricon

Arek: Flegmatyzm? Nie sądzę, wręcz mam wrażenie, że partie Frosta są bardzo skoczne (śmiech). Patrzę na to takim ogólnym ujęciu i płyta wydaje mi się przede wszystkim całkiem zróżnicowana, i aranżacyjnie i ze względu na melodykę. A co najważniejsze – brzmi to całkiem naturalnie, nic na siłę. Przykłady? Harmonie gitarowe w „To Your Brethren…”, świetny, rozbudowany „Dissonant” (dlaczego saxofon tylko na początku?!), pokombinowane, nasączone psychodelią „Black Winds…”. To tylko parę przykładów bo takich smakowitych miejsc jest więcej, chociażby druga połowa „Midnight Serpent” czy czyste zaśpiewy w „The Ghost of Rome”. Sporo tego wychwyciłem. Dlatego jakoś – co mnie samego zaskoczyło – nie nudziłem się podczas seansu.

Grzesiek: Ale jak sam zaznaczyłeś, są to miejsca, momenty. Mnie całościowo ten album nie rusza, bo liczyłem na większy atak, i jeśli by się trzymać konwencji true bm, tego chłodu, mroku i wściekłości. A tu nie dość, że fragmentami to nadal jest taki dość pokraczny ale jednak heavy metal na rock’n’rollowych podwalinach, to czuję się tym albumem zmęczony. Dłuży się. Wyjątek – „Dissonant”. Pełna zgoda.

Arek: Ja tam hevi metalu w tym nie czuję, chyba, że bierzemy pod uwag wąsiury Frosta. Jeśli coś mi się dłuży, to np. trochę banalny wałek tytułowy (choć już tu i ówdzie pieją o jego melodyjności) czy „tylko ok” „Burial Rite”. Z mojego punktu widzenia całkiem sporo się tu dzieje, przede wszystkim aranżacyjnie, słychać też, że Satyr słucha co w tzw. ambitnym black metalu się dzieje, bo niektóre zagrywki to wręcz francuską sceną mi śmierdzą. Być może nie udało się stworzyć dzieła idealnego (pytanie: jaka powinna być idealna płyta Satyricon??), ale i tak, z mojego punktu widzenia, jest tu jednak przewaga tych dobrych momentów nad słabszymi. Paradoksalnie, mam wrażenie, że te słabsze, czyli de facto, prostsze kawałki będą się dobrze sprawdzać na koncertach.

Grzesiek: Będą, bo mają nieco lepszą (sic!) motorykę i bardziej walą po pysku (im więcej blastów, tym lepiej), ale nie przyciągają uwagi. Sprawdzą się w bojach pijanych morświnów pod sceną w klubach. Na festiwalach Satyricon z tym materiałem może, ale nie musi, zabrzmieć znacznie potężniej i ciekawiej, o ile te brzmieniowe smaczki, o których wspomniałeś, zostaną uwypuklone. Saksofon to wcale nie nowy patent, a jednak robi robotę…

Arek: Saksofonu jest zdecydowanie za mało. Brzmi trochę jakby się bali, że ktoś ich wyśmieje. A gdyby w tym kawałku pojawiał się częściej, byłby niezły sztos. No, ale może jeszcze przyjdzie na to czas. I tak jest tu parę odważnych momentów. Co do brzmienia – na koncertach zawsze grają w pełnym składzie, więc te numery na pewno zabrzmią tłuściej. Z drugiej strony – akurat tej płycie ta brzmieniowa „chudość” pomaga. Jakoś dobrze to żre w duecie. Słychać też, że dobrze się ze sobą czują. A motoryka jest fajna właśnie wtedy, kiedy nie ma blastów, bo akurat taka surowa produkcja powoduje, że okładania werbla nie słychać przy tych prędkościach, co brzmi ciut komicznie.

Grzesiek: Z tym werblem, to zależy. Są naprawdę gorsze produkcje, gdzie blasty brzmią nieco czytelniej (sick!) ale za to bez dziwacznej niechlujności. Swoja drogą, to tak właśnie opisałbym ten album. Zawiera sporo ciekawych, ale niechlujnie ułożonych pomysłów.

Arek: Wiesz, dla mnie Satyricon zawsze miał w swojej muzyce taką specyficzną niechlujność. Trudno nazwać płyty tego zespołu technicznymi, czy aranżacyjnie doskonałymi. Taki styl po prostu. I tu chyba rodzi się nasz problem, bo ta ekipa to zespół bardzo specyficzny, nie nadający się do łatwego zaszufladkowania czy oceny. Pomijam już fakt, że ilu słuchaczy tyle będzie opinii na temat jet płyty. Dla jednych będzie to irytująca niechlujność, dla innych fajny luz (śmiech).

Grzesiek: Jest coś pomiędzy? Trafią do nowych odbiorców?

Arek: Do nowych? Nie sądzę, chyba, że myślimy ogólnie o nowych adeptach metalu jako takiego. Wydaje mi się, że słucha ich jednak pewna określona, żeby nie powiedzieć – hermetyczna grupa, która będzie drzeć między sobą koty odnośnie tej płyty. Coś mi się jednak wydaje, że spodoba się ów krążek głównie tym mniej ortodoksyjnym i zajadłym blekowcom, jeśli takowi jeszcze żyją…Sat

Grzesiek: Mniej ortodoksyjni… to tacy, co słuchają Batushki ale chodzą na koncerty Mayhem? (śmiech)

Arek: No wkraczamy na grząski, socjologiczny grunt… A z takich rozkminek możemy wyjść mocno poobijani. Mniej ortodoksyjni, czyli tacy co dzielą muzykę na dobrą i złą, bez prawilnych i bojówkarskich zapędów.

Grzesiek: To podsumowując, nowy Satyricon to muzyka dobra – godna polecenia, czy zła z definicji, bo taki powinien być black metal?

Arek: Widzę, że bierzesz mnie pod tzw. „włos” (śmiech). To pytanie, którego wolę unikać, bo wyrażanie takich zdecydowanych, autorytarnych niejako opinii w stosunku do tak delikatnej i płynnej materii, jaką jest muzyka, to duże ryzyko, mające u podstaw niezwykle subiektywny odbiór audytorium. Black metal dawno temu przestał być zły, a jeśli coś złego się pojawia to raczej „chłyt maketigowy” a nie realnie zła siła. Dlatego właśnie, w kontekście rzemieślniczej oferty w metalu, nowy Satyricon wydaje się być płytą całkiem spontaniczną; Satyr i Frost zagrali po prostu dokładnie to co im w tym momencie siedziało w głowach i mogę przypuszczać, że ani razu nie pomyśleli o tym, co też ktoś o ich muzyce powie. W stosunku do wymuskanej i bardziej dopracowanej płyty „Satyricon” ta nowa jest rozchełstana i surowa, ale zawiera więcej odważnych pomysłów i na tle poprzedniczki jednak się wyróżnia. I nadal nie wiem, co odpowiedzieć na twoje pytanie…

Grzesiek: Odpowiedz krótko: wrócisz do tej płyty, czy wrażeń szukasz gdzie indziej?

Arek: Myślę, że wrócę, choć nie wiem kiedy…. A nie, wiem dokładnie – kiedy będę mógł jej posłuchać na jakimś sensownym nośniku, np. na winylu, bo mam wrażenie, że wtedy odkryje przed nami jeszcze parę tajemnic.

Dyskutowali Grzegorz Pindor i Arek Lerch