SATAN’S WRATH – Galloping Blasphemy (Metal Blade)

Tas Danazoglou, lider Satan’s Wrath, powiedział wyraźnie w jednym z wywiadów: „Dla nas jest ważny tylko diabeł. Nic innego się nie liczy” oraz „Na metalowej płycie muszą znaleźć się satanistyczne teksty, żadnej polityki czy wymądrzania się. Rogaty i nic poza tym!”. Czy biorąc pod uwagę fakt, że były basista Electric Wizard mówi wprost o swoim uwielbieniu dla starej szkoły metalowego rzemiosła, można się po jego nowym zespole spodziewać czegokolwiek nowoczesnego? Wykluczone!

Słuchając „Galloping Blasphemy” trudno oprzeć się wrażeniu, że muzyczna edukacja Greka skończyła się wraz z „Hell Awaits” oraz „Seven Churches” wiadomo kogo. Album brzmi jak nagrany przynajmniej ze dwadzieścia pięć lat temu, bez zbędnego dłubania w studio, po prostu na żywca, z pełnym spontanem, w zgodzie z metalowym żywiołem. Kawałki nie powalają finezją, ale w heavy thrashu Satan’s Wrath nie to jest najważniejsze. Tutaj rządzi piwniczna atmosfera oraz, jak podpowiada sam tytuł, galopujące riffy. W każdym numerze pojawiają się wpadające w ucho zagrywki oraz solówki, które nadają materiałowi znacznej przebojowości.

Dziewięć kompozycji znajdujących się na płycie to hołd dla metalu, którego dziś już właściwie się nie gra. Bez technicznych popisów, żadnego efekciarstwa czy niskiego strojenia. Wokale zostały nagrane pewnie za pierwszym podejściem. Prawdziwa surówka i kult dźwiękowego zła, dobrze korespondujący choćby z twórczością norweskiego Sarke.

„Galloping Blasphemy” to album przewidywalny i wtórny, ale jednocześnie szalenie szczery, bezpośredni i, na swój sposób, klasyczny. Czy do szczęścia potrzeba czegokolwiek więcej?

 

Adam Drzewucki