SATANIC WARMASTER/ARCHGOAT – Lux Satanae (Hells Headbangers)

Jestem już chyba etatowym recenzentem tego typu wydawnictw na Violence, ale skoro nikt inny nie pali się do brudnej roboty, muszę to robić ja. Może zasłużę tym sobie na jakieś lepsze miejsce w piekle, gdzieś w gronie prostytutek i aktorek porno, gdzie zimne piwo będzie mi nalewał kudłaty demon o aparycji kozła. Z taką nadzieją piszę te słowa, w końcu bezinteresowność jest cnotą zdecydowanie przecenianą i nikomu jeszcze pożytku nie przyniosła.

No i co my tu mamy? Ano nowe wydawnictwo Archgoat, dzielone tym razem z ich rodakami, posiadaczami jednej z najgłupszych nazw w historii muzyki. Nie to, że Arcykozioł jest jakąś szczególnie błyskotliwym szyldem, ale Satanic Warmaster to już lekka przesada, nawet jak na tę konwencję. Oba zespoły prezentują nowe wersje swoich starych nagrań, co jest dla mnie pewnego rodzaju rozczarowaniem, bo nastawiłem się na premierowy materiał. Jak informuje tytuł, mamy tutaj trzynaście kawałków, z czego aż dziewięć należy do Archgoat. Rozpoczyna jednak Satanic Warmaster i jak nigdy nie lubiłem ich muzyki, tak teraz też nie polubię. Jak dla mnie jest to trzecioligowy black metal z groteskowym wokalem i symfonicznymi ciągotami a’la debiutancki album Emperor. Lubię taką muzykę na płytach, które ją definiowały, natomiast dziesiąta woda po kisielu zazwyczaj średnio mnie bawi. Słucha się tego względnie dobrze, ale jednym uchem wpada, a drugim wypada. Wyjątkiem jest kower Pest, w którym czuć wibracje starego Bathory i Venom, co trafia do mnie zdecydowanie bardziej. Tym niemniej jeden przebłysk to trochę za mało, żebym pokochał to fińskie bluźnierstwo.Grafika

Do Archgoat natomiast pałam wciąż silnym uczuciem, choć sensu ponownego nagrywania tych starych utworów nie rozumiem. Co z tego, że skład inny i brzmienie nieco inne (dodam, że nie tak dobre jak na płycie The Apocalyptic Triumphator), jeśli w gruncie rzeczy nie różni się to zbytnio od oryginalnych wersji? Owszem, słucha się przyjemnie, ale do dyskografii zespołu wnosi to niewiele. Zamiast tych dziewięciu utworów wolałbym dwa, ale nowe. Cieszyłbym się też bardziej, gdyby Archgoat wybrał sobie inne towarzystwo na split, bo stylistycznie te zespoły niewiele mają ze sobą wspólnego. Ale cóż, nikt się mnie o zdanie nie pytał, choć naprawdę nie wiem dlaczego tak się stało. W każdym razie sensem tego wydawnictwa jest chyba podkreślenie jakiegoś satanistycznego paktu zawartego pomiędzy tymi dwoma formacjami, bo innego, przy całej mojej sympatii dla Archgoat, nie widzę.

Pomijając jednak moje powyższe wygłupy i marudzenie, nie jest to na pewno rzecz kompletnie bezwartościowa. Tym niemniej sądzę, że większość fanów obu tych zespołów chętniej przyjęłaby premierowy materiał, niż odgrzewane kotlety. Wiadomo, że głodny zje wszystko, ale wolałbym jednak, aby ktoś te kotlety przygotował ze świeżego mięsa i dobrze doprawił, a nie tylko odmroził i dodał trzy łyżki kultu.

Michał Spryszak

Cztery