SARATAN  – Martya Xwar (Massacre Records)

Nie znałem dotychczasowych poczynań tej załogi, dlatego okładka i logo Massacre raczej średnio zachęcały mnie do zapoznania się z treścią płyty. Wszystko było zbyt… egzotyczne i już wyobrażałem sobie muzyczne zawijasy, tudzież próby klimatycznych uniesień. W sumie to nie wiem, co sobie wyobrażałem… A tu proszę, miła niespodzianka i przykład, że nie po szacie należy sądzić człowieka. 

Chociaż na początku, kiedy ruszył podniosły i samplowany, orientalny temat, moja dezorientacja sięgała zenitu. Jakież było zaskoczenie, kiedy usłyszałem zespół w pełnej krasie. Rasowy, przejrzysty i naładowany adrenaliną thrash metal. A właściwie death/thrash, bo intensywność gęstych partii perkusyjnych i okazjonalne blasty w takiej pozycji Saratana ustawiają. Co do sampli (nie wiem, ile w tym naturalnej gry a ile komputera?) – pojawiają się nader często i już z tego powodu można nazwać zespół polskim odpowiednikiem Nile. Oczywiście, w działeczce thrash. Od razu spieszę też dodać, że muzycznie Saratan nie trzyma się kurczowo klasyki gatunku, tworząc struktury znajome i miłe dla ucha. Bierze zajadłość wczesnego The Haunted, wściekłość Slayer, do tego dodaje trochę europejskiej szkoły death’owego riffu i wulgarne partie wokalne. Choć akurat te ostatnie mogłyby być ciut bardziej zróżnicowane (chodzi o growl), szczególnie na tle świetnie pulsującej muzyki. Jeśli do tych napiętych jak struna riffów i nakręcającej rytmiki wepchniemy od czasu do czasu sumeryjskie (nie wiem – może inne, nie jestem kulturoznawcą…) zawodzenia, tajemnicze rytuały odprawiane przy pomocy dziwacznych instrumentów, robi się całkiem ciekawie. Ważne jest to, że te wszystkie poza-metalowe elementy zostały bardzo inteligentnie wtopione w muzykę, dzięki czemu formuła zostaje w kilku miejscach bardzo rozbudowana, zyskując niemal progresywny rozmach. Tu nie mogę pominąć utworu „Silent Sound of Mourning”, długiej, ponad siedmiominutowej kompozycji, fajnie przełamanej wyciszeniem w którym bryluje… fortepian. Tu i ówdzie pojawiają się kobiece, orientalne zawodzenia, gęstnieje klimat, który nadaje muzyce nowej, ciekawej barwy. Mam wręcz wrażenie, że sposób, w jaki grupa miesza twardy riff z elementami muzyki ludowej z różnych krain, dużo bardziej mi odpowiada niż coraz nudniejsze w sumie próby Nile. Głównie dlatego, że na tle krajowej i nie tylko sceny krakowianie brzmią niesamowicie świeżo i bez jakiejkolwiek, denerwującej maniery. Całość świadczy także o tym, jak daleko metal odszedł od swoich korzeni, choć to już dzisiaj nie jest zaskakująca puenta…

Co ciekawe, zespół w swoim podstawowym składzie to trio, jednak nie wyobrażam sobie, żeby na żywca nie korzystali z pomocy dodatkowych instrumentalistów, bo zubożenie muzyki (ew. używanie li tylko sampli…), w kontekście płytowego odpowiednika byłoby fatalne w skutkach. Dlatego też ocenę daję może ciut zachowawczą w stosunku do nagrań, bo dopiero doświadczenie muzyki zespołu na żywo pozwoli mi w pełni docenić i zweryfikować ich możliwości.

Arek Lerch