SAMO – An Alternative Existence (Czoło)

Kiedyś Ian MacKaye stwierdził, że artysta jest najbardziej samotnym człowiekiem na ziemi. Nie wątpię, że takim samotnym artystą jest Robert Gasperowicz, który od kilku lat prowadzi swój projekt SAMO. Samotnym w niezrozumieniu, bo muzyka, jaką tworzy raczej nie stanie się hitem radiowym. Bo też i ze świecą szukać drugiego, tak pogiętego projektu. Najnowsze, trzecie dzieło artysty ponownie zabiera nas w pokręcone, zaskakujące meandry gitarowo – perkusyjnej matematyki.

Osiemnaście minut składających się z pięciu pieśni  powoduje, że zaczynamy czuć się zagubieni. Nawet najwięksi znawcy takiej muzyki muszą wysłuchać jej kilka razy, by w jakimś sensie podjąć się delektacji dźwięków. Samo tworzy mało przyjazny świat, składający się z poszarpanych rytmów, wygrywanych przez perkusyjny automat,  splecionych z  gitarowymi szumami, zgrzytami, riffami i kakofonicznymi, noise’owymi odjazdami. Jakby w przeciwfazie znajduje się natchniony, choć równie sugestywny wokal Stanisława Woloncieja (Newbreed), który swoimi szamańskimi zawodzeniami rozjaśnia plątaninę dźwięków. Jeśli szukać utworu choć w ograniczonym wymiarze przyjaznego człowiekowi, będzie nim nieco bardziej przestrzenny „Incapacitation”, w którym  następuje lekkie uspokojenie szalejących maszyn.  Pan Gasperowicz prowadzi sobie tylko zrozumiały dialog z Absolutem, chcąc zapewne dotrzeć do jadra dźwięku i rozszczepić go, by wywołać eksplozję. Jest blisko, choć obawiam się, że nikogo tym wybuchem nie zabije, bo mało kto jest w stanie zrozumieć jego pomysły.

I w tym miejscu pozostaję nieco zdezorientowany przed próbą oceny krążka. Moje wahanie wynika z faktu, że z jednej strony doceniam artystyczne poszukiwania Samo, jestem pod wrażeniem niemal rytualnej formy, jaką przyjmują te nieludzkie dźwięki, z drugiej jednak, powodowany chęcią obiektywnego ustosunkowania się do „An Alternative Existence”,  odnoszę wrażenie, że brak kontaktu Samo z tzw. normalną częścią muzycznego biznesu skazuje projekt na samotne dryfowanie po obrzeżach a tym samym nikłe zainteresowanie fanów hałasu. Pozostawiam zatem płytę bez oceny, zdając sobie sprawę, że jest to produkt kierowany do wąskiej i ściśle określonej grupy odbiorców, która raczej się nie poszerzy, bo też i artysta nie czyni niczego, by sytuację zmienić. A skoro jemu jest dobrze, to i ja nie martwię się o medialną ciszę wokół Samo.

Arek Lerch