SAINT VITUS – Lillie: F-65 (Season of Mist)

Na premierową płytę ze Scottem „Wino” Weinrichem za mikrofonem (poprzednią była wydana w 1990 roku doskonała w każdym calu „V”) trzeba było poczekać aż 22 lata. Choć opublikowane w międzyczasie „Children of Doom” oraz „Die Healing” to także świetne albumy, nie ma wątpliwości, że do brzmienia Saint Vitus najlepiej pasuje niepowtarzalna barwa głosu Weinricha.

Legendarna ekipa z Kalifornii nagrała materiał, który bezpośrednio nawiązuje do klasycznego już dziś „Born Too Late” i jest równie dobra. W dodatku przekornie płyta ma tylko niecałe trzydzieści pięć minut, czyli tak, jak wydawnictwa w czasach przed erą płyty kompaktowej; na analogu można zmieścić niewiele ponad czterdzieści minut muzyki. Zresztą żaden z pięciu pierwszych albumów Vitus nie przekracza czterdziestu minut. Tradycji stało się zadość.

Kiedy dwa lata temu zmarł oryginalny bębniarz kapeli Armando Acosta, jego miejsce zajął znany z Sourvein Henry Vasquez, który doom hard rockowe rytmy wyssał z mlekiem matki. Grał już zresztą kilka lat temu z Davem Chandlerem w Debris Inc., więc jego obecność na stołku perkusisty nie jest wcale zaskakująca.

Otwierający płytę „Let Them Fall” od pierwszych sekund daje do zrozumienia, że choć goście (poza Vasquezem) mają na karku już po pięć dych, ich miłość do surowych, heavy metalowych riffów nigdy nie była większa. Ten oparty na kilku prostych patentach kawałek jest równie dobry, jak najlepsze numery ze starych płyt. Vitus nie poddał się technokratycznej rewolucji – to wciąż gitara, bas i bębny brzmiące i nagrane według klasycznych standardów. Metaforycznie można do tej kwestii odnieść słowa refrenu: „Why do they make my life hard? It’s so damn easy”. Dla Vitus muzyka to nie fizyka molekularna.

Kolejne „The Bleeding Ground” czy „Blessed Night” to także rewelacyjne kompozycje, w których pojawiają się słynne chandlerowskie solówki wiercące dziury w czaszce. Riffy, na których opierają się te numery, są łudząco podobne do tych niezapomnianych sprzed dwudziestu pięciu lat. Pod tym względem Saint Vitus nie zmienił swojego charakteru nawet w najmniejszym stopniu. Człapiący „The Waste of Time” to kolejny strzał w dziesiątkę. Niespieszne tempo, tradycyjny riff, monumentalny głos Wino. Przedostatnim „Dependence” kwartet serwuje kwintesencję doom heavy metalowego grania.

Vitus z nikim się nie ściga, z nikim nie konkuruje, w ich lidze nie ma rywali. Mogą, ale nie muszą. Raz jeszcze jednak wzięli się do roboty. A zagrali tak, że opadły szczęki.

Adam Drzewucki