SAILOR’S GRAVE – Hopeless Path

Krajowe metalcore’owe podwórko cierpi na brak wyrazistych postaci. Jedni upatrują zbawców tej nowomodnej ekstremy w kapelach pokroju Moron, inni stawiają na piedestał rzeźników z Drown My Day. Wszystko to prawda, choć często grubymi nićmi szyta, acz pozwolę sobie wystawić laurkę skromnym chłopakom ze stołecznego Sailor’s Grave, którym nie brak ani talentu, ani rasowego materiału, z którym mogą zawojować nasz dziwny rynek.

„Hopeless Path” jak już zaznaczyłem w rozmowie z wokalistą formacji, jest graniem po linii australijskiego Parkway Drive z czasu „Killing With A Smile”. Zatem, jak można się domyślić, jest to brzmieniowo dość surowa, melodyjna młócka nie wpisująca się w obecne trendy, zwłaszcza te brzmieniowe. Takie podejście cieszy, a biorąc pod uwagę naprawdę dobrze skomponowane utwory, mimo iż w żadnym stopniu nie rewolucjonizujące (naszej) sceny, tym bardziej podoba mi się spójność „Hopeless Path” i wierność (prawie) pierwotnej formie metalcore’a. Aspekt techniczny, chyba najbardziej obecny w pracy sekcji rytmicznej, owszem, ma tutaj znaczenie, ale z drugiej strony, to co cechuje młodzian z Warszawy, to furia, intensywność i wygar, którego próżno szukać nawet u kolegów z deathcore’owych formacji. Załoganci tworzący Sailor’s Grave, po prostu robią swoje dla siebie i to podoba mi się najbardziej, bo mają gdzieś ruchy na rynku, djentowe inklinacje i granie „byle gęściej” dla Bóg wie, k…, kogo.SG

Można się spierać o sensowność takiego grania. Tak jak w przypadku krakowskiego Burn The Witch, wielu z pewnością uzna, iż swoją szansę wykorzystaliby jakieś 6-7 lat temu, kiedy rynek nie zdążył się takim napierdzielaniem nasycić. Poniekąd jest to prawda, ale od czasu do czasu w muzyce chodzi o to, aby czerpać z niej zwykłą przyjemność miast doszukiwać się innowatorstwa i znamion „game changera”. Sailor’s Grave, choć wpisują się ramy podręcznikowego metalcore’a, są zwyczajnie fajni, i kontakt z „Hopeless Path” uznaję za bezkolizyjny, momentami nawet z szerokim uśmiechem na twarzy. Wyrósł nam zespół, który być może przetrwa dłużej niż większość kapel ze sceny WSHC. Wszystkie znaki na niebie wskazują na to, że tak się właśnie stanie. Oby nie zmienili wokalisty. Wtedy będą straceni.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy i pół