SADNESS – Leave

Przed przystąpieniem do słuchania „Leave” można mieć poważne obawy z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, próby łączenia rozmydlonego post-rocka i shoegaze z black metalem, choć nawet częste, zazwyczaj kończą się niezbyt udanie. Po drugie, w przeciągu niespełna trzech lat stojący za Sadness Damián Antón Ojeda dopuścił się już nagrania osiemnastu (!) różnego rodzaju wydawnictw, których poziom – delikatnie mówiąc – niekoniecznie zachwycał. Po trzecie, projekt ten ma może i adekwatną, ale przy tym wręcz fatalnie banalną nazwę. Krótko mówiąc, wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się wskazywać, że najlepiej nie tykać „Leave” nawet kijem przez szmatkę. Jeśli jednak mimo to zdecydujecie się na konfrontację z tym albumem, przekonacie się, że to wcale nie jest gówno, choć momentami faktycznie lekko zalatuje.

Zdaję sobie sprawę, że użycie takiego określenia w stosunku do black metalu jest bardzo niefortunne, ale „Leave” to po prostu bardzo ładna płyta. Zresztą, o jakim my black metalu mówimy… Prawdę mówiąc, tegoroczny album Sadness należy raczej rozpatrywać w kategoriach płyty post-rockowej, może shoegaze’owej, w najlepszym razie można jej przypiąć łatkę blackgaze albo post-black metalu. Tu jakieś ładne melodie („To Stay”), tam pogrywa sobie jakieś pianinko („Te Amé”)… Na próżno doszukiwać się w przypadku tego albumu pokładów mroku, siarki czy agresji. No nie o to chodzi. Ma być smutno i tak właśnie jest. Słuchając „Leave” ma się łezka w oku kręcić i faktycznie, zakręciły się nawet i ze dwie. Ten krążek ma ci przypominać o złamanym sercu, śmierci psa czy po prostu o tym, że jesteś smutną fają. I robi to niezwykle skutecznie. Ojeda do tego celu używa przede wszystkim zamglonego brzmienia ze schowanymi za ścianą gitar partiami wokalnymi, samą zaś atmosferę w równym stopniu buduje na gitarowych tremolach, co na wypieszczonych i wygładzonych melodiach. Momentami brzmi to jak czyste Explosions In The Sky czy inne God Is An Astronaut, kiedy indziej muzyce Sadness bliżej chociażby do takiego Austere, czasami zaś – głównie ze względu na częste ucieczki w charakterystyczny szum – na pierwszy plan wysuwają się pewne skojarzenia z The Angelic Process i Nadja.S

Może to i miękka płyta, rozmemłana, zahaczająca o naiwny, kucowy romantyzm. Ujmuje mnie jednak jej banalna uroda i prosty czar. To trochę tak, gdy widzisz cycatą blondynę na ulicy – niby nie twój typ, odrzuca cię stereotyp, ale z drugiej strony jakbyś mógł, to byś pukał. Z „Leave” jest podobnie – słyszysz doskonale ten banał i czujesz, że ten pozorny mrok oblepiony jest toną lukru, a mimo to masz ochotę puścić sobie ten album jeszcze raz. W obu przypadkach jednak, choć jest fajnie, nie liczyłbym na trwalszy związek.

Michał Fryga

Cztery