SACRIFICE – The Ones I Condemn (Cyclone Empire)

Kanadyjski Sacrifice zapadł się w niebyt gdzieś w pierwszej połowie lat ’90. Później była kompilacja thrashowych ‚przebojów’ i wydawało się, że to wszystko na co kwartet stać. A tu, niemalże jak diabeł z pudełka, pokazuje się piąty w karierze zespołu album i trzeba powiedzieć, że gdyby wszyscy wracali w takim stylu, to nie byłoby najgorzej.

Naturalnie nie jest to krążek na miarę ostatniej płyty Overkill, ale śmiem twierdzić, że Sacrifice wraca z płytą ciekawszą niż Testament, momentami zbliżając się nawet do poziomu, na który Exodus wspiął się przy „Tempo of the Damned”. Może dzieje się tak dlatego, że Kanadyjczycy nie starali się podążyć za charakterem któregokolwiek ze swoich wcześniejszych krążków i nagrali płytę w pewnym sensie przekrojową, reprezentatywną dla całości prezentowanego przez nich stylu. Bo przecież mamy tu zarówno niesamowite thrashowe petardy („Hiroshima”, „We Will Prevail”, „The Great Wall”), jak i miarowe, monumentalne wręcz łamacze karków (walcujący „Tetragrammaton” i zróżnicowany, momentami nawet klimatyczny, zostawiający wiele przestrzeni pod wokal „Desolation Alive”). Jest na „The Ones I Condemn” także kilka niekoniecznie potrzebnych wypełniaczy, jak choćby wyróżniający się co najwyżej przyzwoitym solosem „Atrocity” czy mało wyrazisty, nieco nudnawy „Give Me Justice”. Jednakże i tu nie jest tak do końca źle, a praca duetu gitarzystów Urbinati – Rico to bez dwóch zdań najjaśniejszy punkt najnowszej płyty Sacrifice. Bo chyba nikt nie wątpi, że wypełnione popisami petardy pokroju „The Devil’s Martyr” stworzono tylko po to, żeby wioślarze mogli wykazać się swoimi talentami.

Nie ma co, chłopaki wiedzą jak grać na zajebiście wysokim poziomie i pewnie zawstydzą niejeden o wiele bardziej utytułowany zespół. Ja bardzo się z ich powrotu cieszę i czekam na kolejny materiał, a fanatyków thrashu pragnę pocieszyć, że w międzyczasie mogą wybierać między wersją amerykańską, europejską i kanadyjską płyty, z których każda zawiera inne bonusy. Ta „nasza” atakuje jedynie „Soldiers of Misfortune” w wersji live, ale gdzie jej tam do zasadniczej części albumu. Thrash is back!

Dooban 5