RUSTY CAGE – Let the Rifle Fire

Rasa, sok, żar, benzyna, piasek, spaliny, pot, flanela.  Wzmacniacz, struny, przegrzane lampy… Krakowski Rusty Cage uosabia wszystko to, co wiąże się z prawdziwą, amerykańską muzyką rockową. Trochę klasyki, trochę grunge, cała masa upalonych, piaszczystych dźwięków i zamykamy oczy, jadąc przez spalone bezdroża USA. A potem się budzimy i znów siedzimy w autobusie linii 105, w którym jedynym zapachem jest smród niemytej bielizny współpasażerów…

 

Odczucia, jakie wywołuje muzyka Rusty Cage są dwojakie. Z jednej strony bardzo mi się podoba, bo zespół z niezwykłą rasą zapodaje amerykańskie dźwięki a z drugiej strony, powrót do rzeczywistości po seansie pt. „Let the Rifle Fire” jest bolesny, bo rzeczywistość nijak ma się do tej, kreowanej na płycie krakowskiego bandu. Oczywiście, nikt nie każe aż tak się wczuwać w to, co zadaje nam zespół. Wszak to tylko kawał rozrywki. A w przypadku Rusty Cage, ona rozrywka jest na wysokim poziomie. Bo mamy tu znakomite, podszyte blues’em fragmenty (Danzig’owy „The Weeds”), jest masywny stoner („Bound to Fall”, „Let the Rifle Fire”) i oczywiste nawiązania do grunge w „Ocean Drive”. Zespół bardzo swobodnie porusza się w amerykańskiej tradycji, co szczególnie dobrze czuć w „Colliding Stars”, gdzie z akustycznego , zalatującego nieco country wstępu rozwija się rewelacyjna kompozycja opatrzona riffem wrzynającym się w mózg niczym skalpel. Także w kończącym płytę „Hit the Road”, ponurym, southern’owym songu odbija się tradycja chrzęszczącej ballady, granej przez steranych, amerykańskich rolników.

Zespół ze znawstwem przejeżdża się po dźwiękach, które  wielu już próbowało  zaadaptować do swoich celów. Przejeżdża się z dobrym skutkiem, bo słuchając płyty nie miałem poczucia jakiegoś szczególnego dyskomfortu. Jeśli nie wymyśla się bomby atomowej, to trzeba umieć dobrze zaostrzyć dzidę. To właśnie robi Rusty Cage a ja im wierzę, bo przecież nie mają nic do stracenia.

Dla fanów rockowego środka, Kyuss i Soundgarden „Let the Rifle Fire” będzie miłym prezentem. Szczególnie koncertowym, bo nie wątpię, że tam zespół jeszcze bardziej rozwija skrzydła.

Arek Lerch 

Cztery