ROYAL THUNDER – WICK (Spinefarm Records)

Royal Thunder zachwyciło niemal wszystkich wydanym w 2012 „CVI”, poprawiając nieco bardziej hardrockowym „Crooked Doors”, który, co prawda, nie spotkał się z aż tak entuzjastycznym przyjęciem, ale był świadectwem ewolucji zespołu i dobrze wróżył na przyszłość. Przyszłość jest właśnie teraz, bo dla świata narodził się „WICK”, trzeci krążek w dorobku Amerykanów. Nie zawodzi on oczekiwań, miesza bluesa debiutu z dosłownością jego następcy, a momentami eksploruje zupełnie nowe terytoria. O tym, jak dobra jest to płyta, rozmawiałem z kolegą Pawłem.

Adam: Ciekaw jestem, którą z płyt Royal Thunder, wliczając w to tegoroczną „WICK”, cenisz najbardziej?

Paweł: Debiut. Strasznie było wtedy takie granie na czasie i słuchałem mnóstwa retro klimatów, ale przyznam, że bardziej jarałem się Graveyard, Rival Sons, Witchcraft, Kadavar czy… Jess And The Ancient Ones. „CVI” wyróżniała się tym, że była znacznie bardziej nieprzystępna, mroczna i mniej hippisowska. Tak ją zapamiętałem. Cóż, cenię ją wyżej niż „Crooked Doors” głównie ze względu na sentyment – w 2015 miałem już dosyć retro rocka i płyta nie zrobiła na mnieRT1 wrażenia. Ale wiesz co, zanim na dobre przejdziemy do Royal Thunder, pogadajmy trochę o tym retro rocku. Nie masz wrażenia, że w roku 2012 coś się skończyło? Później retro klimaty nie były już tak modne, no i płyt dobrych wychodziło jakby mniej. A może po prostu za bardzo mainstreamowe się to w pewnym momencie zrobiło?

Adam: Hm, a ja mam problem z tak beztroskim umieszczaniem Royal Thunder w jednym worze z wymienionymi przez ciebie kapelami. Ale do tego będzie jeszcze czas wrócić. Wiesz, nigdy nie zastanawiałem się nad jakimiś ścisłymi granicami między rozkwitem a pierwszymi oznakami równi pochyłej, jeśli chodzi o zjawisko boomu na retro rock. Pewnie dlatego, że w tamtym czasie podchodziłem do tego jeszcze bardzo wybiórczo, na jedne płyty czekając z wypiekami na twarzy, inne poznając natomiast ze znaczącym opóźnieniem. Bez jakiegoś wymiernego kryterium, uznaniowo. Na pewno takie zdecydowane załamanie nastąpiło. Nie jeden, nie dwa, a niemal wszystkie zespoły, które tak świetnie zaprezentowały się swoimi pierwszymi dokonaniami, znacząco spuściły z tonu. A taki The Devil’s Blood? Nie wiem, czy lubisz, ale przecież ich debiutancki długograj to swego rodzaju instant classic. Podobnie ma się sprawa chociażby z „Hisingen Blues”. I chociaż nowe nazwy wciąż się pojawiają, a większość starych wciąż drenuje źródło, na ile może (bo, abstrahując od poziomu samej muzyki, popularność raczej nie maleje) to wydaje się, że to se ne vrati. Takich nowych klasyków już nikt nie nagra, co najwyżej płyty dobre.

Paweł: Otóż to. I zgoda – popularność nadal jest spora, ale to chyba głównie dzięki temu, że większość tych kapel nagrywa teraz dla dużych wytwórni, które doskonale radzą sobie z promowaniem ich płyt – wywiady, recenzje, wiadomo o co chodzi. Dla mnie ostatnim przebłyskiem tej sceny był debiutancki krążek Blues Pills. Niestety, spora część kapel nie bardzo wie teraz, co ze sobą zrobić. Przykład Witchcraft pokazuje, że najlepszym wyjściem może być… wyjście. Wyjście poza wcześniej obraną ścieżkę.

Adam: To prawda, wytwórnie zwąchały szansę zysku i szybko podpisały co większe nazwy gatunku, co gorsza, dodając do nich następnie „młodych, obiecujących”. Z tego powodu takiej muzyki wciąż jest sporo w mediach, dzięki wspomnianej przez ciebie szeroko zakrojonej promocji. Szkoda, że jakościowo są to twory coraz gorsze. Czerpiące już nie z lat 70., a kopiujące bezczelnie zespoły, które pojawiły się na scenie te dziesięć lat temu. Coraz mniej dziwi mnie narzekanie na ogrom tego zjawiska i jego bezpłodność. Żałuję tylko, że wspomniane TDB z wiadomych względów niczego już nie stworzy, Graveyard… w obecnej chwili teoretycznie aktywny, ale nie wiadomo, co będzie jutro – również nie nagra już raczej nic tak dobrego, jak pierwsze dwa albumy. Pozostaje słuchanie tych kilku płyt, które wybiły się ponad ogół tysięcy nagrań przeciętnych. Z coraz większym sentymentem, a sentymenty nie zawsze są przecież dobre. No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim zgubiliśmy Royal Thunder?

Paweł: No więc powiedziałeś, że byłbyś ostrożny z tym wrzucaniem ich do jednego worka z Graveyard, Kadavar i innymi tego typu kapelami. Po części się zgadzam, ale co, twoim zdaniem, najbardziej ich odróżnia?

Adam: W moim odczuciu zawsze stali gdzieś z boku. Zarówno wobec fali retro rocka, jak i wobec Baroness czy Mastodon, do których usilnie byli porównywani, choć łączy te kapele tylko wspólne miejsce pochodzenia. Przecież na „CVI” sporo było bluesa, sporo psychodelii, trochę doomu czy innego stonera – mieszanka prawdziwie wybuchowa. I jak najbardziej oryginalna. Dlatego ten zespół stanowi dla mnie jakość samą w sobie, sam jest zjawiskiem, które ciężko upchnąć w jakąkolwiek szufladkę. Szczerze mówiąc, nigdy nawet nie pomyślałbym o porównywaniu ich do Graveyard, choć podobnie, jak Szwedzi, chętnie czerpią z przeszłości. Ale to by było na tyle. Zgadzam się także z tym, że „Crooked Doors” nie dorównało poprzednikowi, mimo, że nie była ta płyta zła – raczej pozbawiona tej magii i elementu zaskoczenia.RT

Paweł: Ale Baroness to wcale nie jest taki zły trop. Jasne, Royal Thunder to ni cholery nie jest sludge, ale… weźmy chociażby „We Slipped” z najnowszej płyty. Struktura tego numeru, pozytywna atmosfera, przyjemne melodyjki i ogólny klimat – nie nasuwa ci to skojarzeń z Baroness właśnie? Mnie ta nazwa przewinęła się przez głowę, kiedy usłyszałem ten utwór.

Adam: Może i coś w tym jest… Nie mówię, że z czasem ich poszukiwania nie zaprowadzą RT w rejony do tej pory zarezerwowane dla starszych kolegów z podwórka. Ważne, że wciąż eksplorują nieznane. Chociaż otwierający „Burning Tree” to wypisz-wymaluj debiut, z całą jego zawiesistą, niespieszną atmosferą. No, ale co właściwie sądzisz o tej płycie? Gdzie umiejscowiłbyś ją w hierarchii krążków Royal Thunder? Że na podium, to już wiemy, he, he.

Paweł: Póki co, na drugim miejscu, za debiutem, aczkolwiek nie wiem, jak mi ta płyta urośnie w ciągu najbliższych paru miesięcy. Szanuję ich za wspomniane przez ciebie eksplorowanie nowych terytoriów. Strasznie podoba mi się groove nowego krążka. Uwielbiam gitarę, która wchodzi po intrze w „Push”, zdecydowanie moje wibracje, podobnie jak baronessowe „We Slipped”, czy „April Showers”. Na dobrą sprawę trudno byłoby mi wskazać jakieś większe mankamenty, czy słabsze momenty „WICK”. Dobry strzał, cholera.

Adam: Dokładnie, bardzo ciekawe, jak ta płyta dojrzeje. Może i przerośnie w końcu „CVI”, nie jest to wykluczone. Początkowo wydawała mi się nieco przegadana, chciałem ponarzekać, że o parę utworów bym ją skrócił, ale po jeszcze kilku podejściach zapytałem siebie, które piosenki chciałbym z „WICK” wyrzucić. I nie znalazłem odpowiedzi. Zawsze miał ten zespół trochę rozwleczony styl, ale nie da się podczas słuchania nowego albumu nudzić. Ujęła mnie różnorodność tego krążka. Moi faworyci to marszowy „Anchor”, wspomniany przez ciebie „We Slipped” czy „The Well”. Co najlepsze- wciąż czuję, że jeszcze wszystko przede mną, sporo tu smaczków, których jeszcze nie odkryłem i motywów, którymi się nie zachwyciłem, choć na to zasługują. Warto wspomnieć jeszcze o „Plans”, czyli totalnym zaskoczeniu i czymś zupełnie nowym dla RT. Podejście do lżejszej, zwiewnej formy zakończone pełnym sukcesem.

Paweł: Tu jest tyle potencjalnych hitów… A jak ci leży wokal?

Adam: Wokal zawsze był dla mnie bardzo mocnym punktem całego brzmienia Royal Thunder. Nie inaczej jest i tym razem, a bardzo fajne jest to, że Melanie, jak cały zespół, ciągle poszukuje. Przykładem tego właśnie „Plans”, gdzie mierzy się z nową dla siebie ekspresją wokalną i wychodzi z tej próby zwycięsko. Jakie jest twoje zdanie w tej kwestii?

Paweł: Melanie to dla mnie najmocniejszy punkt tego zespołu i nie wyobrażam sobie tej muzyki z męskim wokalem. Idealnie się to wszystko komponuje. Potrafi zaśpiewać i spokojną balladę, i mocny, bardziej agresywny numer. Szczerze? Poziom Elin Larsson z Blues Pills. Melanie też potrafi zabrzmieć jak gruba murzynka (śmiech).

RT3Adam: Masz rację. Jedyna różnica dotyczy aparycji – wizerunek Elin ostatnimi czasy jest mocno nachalnie wykorzystywany do promocji Blues Pills, podczas, gdy Melanie urodą nie grzeszy. Artysta być piękny nie musi, więc, siłą rzeczy, wygląda to wszystko po prostu szlachetniej. Czy jest coś, co w „WICK” nie przypadło ci do gustu?

Paweł: Szczerze? Dopiero teraz sprawdziłem jak Melanie wygląda. Wiesz co, nie chcę na siłę szukać dziury w całym. Nie znajduję żadnych przeszkadzających mi  obcowaniu z tą płytą uchybień. Niech będzie, że to dla mnie krążek bezbłędny (śmiech).

Adam: O to właśnie mi chodzi – podczas, gdy w teledysku do „Lady in Gold” Elin pojawia się niemal w negliżu, a i podczas koncertów, zapewne za sugestią speców od marketingu, występuje dość skąpo odziana, co ma pewnie za zadanie przyciągnąć klienta niezdecydowanego, wizerunek Melanie i generalnie muzyków RT jest sprawą zupełnie drugorzędną. Czyli jest tak, jak być powinno. Niby nic niezwykłego, ale różnica w podejściu znaczna. Zgadzam się, że to podobna klasa wokalna. Prawdziwa waga ciężka, ciągnąca cały zespół do przodu. Mam tak samo – wszystko się na tej płycie zgadza, wszystko jest na swoim miejscu. Wewnętrzny narzekacz tym razem pozostaje niezaspokojony. To miłe, patrzeć, jak zespół rozwija się, nie zawodzi coraz to większych oczekiwań, nie potyka się na licznych przeszkodach, lecz ciągle brnie do przodu i odnajduje nowe „ja”.

Rozmawiali Adam Gościniak i Paweł Drabarek