ROYAL THUNDER – Crooked Doors (Relapse)

Nienawidzę hard-rocka. Nie potrafię znieść muzyki, która została ometkowana jako „classic rock”. Nieodłącznie kojarzy mi się to z hołubieniem muzycznych skamielin, które oprócz tego, że grają niezmiennie to samo od czasów Mojżesza, to w dodatku często uzurpują sobie prawo do pyszałkowatości w rodzaju: „nie znasz korzeni i w ogóle nie masz szacunku do praojców gatunku, zgnij w piekle!”. Wiadomo, dobrze jest wiedzieć na czym się stoi, jednak zdecydowanie jestem zwolennikiem parcia naprzód, aniżeli ciągłego obracania się w tył, szczególnie zaś jeśli chodzi o kwestię muzyczną, bo ta jest w tym momencie najbardziej istotna. Dlaczego piszę o tym wszystkim? Otóż, przed odsłuchem drugiego albumu Royal Thunder miałem wiele obaw takiej właśnie natury, co jednak zdziwiło mnie niezmiernie – okazały się one po prostu bezpodstawne.

Kwartet z Atlanty na swoim najnowszym dziele, choć sam się tego nie spodziewałem, po prostu mile mnie zaskoczył. Nie dość, że zadał kłam twierdzeniu o ciągłej repetycji co nowszych dokonań z działu „hard-rock i pochodne”, to jeszcze zawarł w nim coś, co dla wielu im pokrewnych może być wykładnią w jakim kierunku powinni podążać. To wszystko dlatego, ponieważ niezwykle krzywdzącym wydawałoby mi się pakowanie ich do jednego worka z kapelami pokroju, dajmy na to, Wolfmother. Mówcie co chcecie, ale ja takiego grania po prostu nie przyjmuję, odrzucam je jak najdalej od siebie, nierzadko zdarza mi się także na nie napluć, mniej lub bardziej soczyście. Co więc dostajemy w zamian? Przede wszystkim dużo, naprawdę bardzo dużo dobrych riffów i melodii. Powiem więcej – riffów i melodii pozbawionych tandetnego efekciarstwa oraz miliona solówek po każdym refrenie. Wspominam o tym, ponieważ wydaje mi się, iż to właśnie gitara, oprócz wokalu, o którym wspomnę później, jest tu czynnikiem decydującym o przyjemności, jaka płynie w tej chwili z moich głośników. Niech Was to jednak nie zmyli, kiedy wspominam o braku efekciarstwa, nie sprowadzam bynajmniej gry panów Weavera i Fiore’a do jakiejś skrajnej prostoty i muzycznego nihilizmu. Raczej cieszy mnie fakt, iż wszystko jest tu na swoim miejscu, bez całej armii niepotrzebnych często efektów (co oczywiście nie oznacza, że ich nie ma). Najlepszymi przykładami będą chociażby „Glow”, ze swoim stonerowo-pustynnym klimatem, który jest chyba moim absolutnym faworytem jeśli chodzi o całość, czy początkowy „Time Machine”. Nie ukrywam oczywiście, że w pewnych momentach marzyło mi się trochę więcej „mięsa”, szybko jednak odrzucałem tego typu myśli – bo i po co takie dywagowanie? Przejdźmy jednak do następnej, tak samo ważnej kwestii, jaką jest wokal pani Parsonz. Tu także, cholera, zaskoczenie, chyba największe przy odsłuchu całej płyty. Obawiałem się dziarskiego wokalizowania w stylu Chylińskiej (tfu!), a dostałem… dziarskie wokalizowanie. Za to jakie dobre! Bez rockowej chrypy i tego typu zabiegów, jednak moc i barwa głosu jest jakością samą w sobie. Jeśli zachodzi taka potrzeba, Miny zaciąga, czasami trochę zawyje, jednak we współpracy z partią gitar tworzy to wszystko naprawdę zwartą i konkretną całość. Żeby nie być gołosłownym – posłuchajcie takiego „Wake Up” czy niesamowitej, chóralnej końcówki „Floor”. Rozpatrując jednak album jako całość: przyznaję, iż czasami produkcja może wydawać się trochę zbyt sterylna, o czym zresztą wspomniałem wcześniej, jednak nie mówimy tu o jakimś skrajnie „cukierkowym” tworze, absolutnie – brzmienie jest klarowne, tak więc nie ma mowy o jakimkolwiek zagłuszaniu się nawzajem instrumentów i tego typu ciekawostkach. Słowem: wszystko jest na swoim miejscu, bez zbędnego chaosu i bycia brutalnym na siłę.Capitol Photography Parnters

Jeśli ktoś lubuje się w twórczości Baroness czy Mastodon, niech bez zastanowienia zabierze się do odsłuchu albumu. Jednego bowiem jestem pewien – opisywane wydawnictwo warte jest poświęcenia mu godziny Waszego życia. Bo choć daleko mu do „Red Album” tych pierwszych, to jednak obcujemy tu z dziełem godnym polecenia – zarówno fanom obeznanym w temacie jak i osobom, które na co dzień nie obcują z tego typu twórczością. Tak więc bez wymówek, po prostu słuchać.

Kevin Nazencew

Cztery i pół