ROYAL BLOOD – How Did We Get So Dark? (Warner)

Dlaczego tak tu ciemno? Jak to się stało? Czyżbyśmy znów znajdowali się w jakimś garażu? Nie inaczej. Może jedynie to „znów” bym wykreślił, bo żaden to powrót do piwnicznego chłodu. Royal Blood nie zdążyli z garażu ani nosa wystawić. Głupota – powiecie – przecież już debiut wywindował ich na same szczyty. Prawda, tyle, że to raczej świat przyszedł do nich, nie na odwrót. Najlepszym tego dowodem świeżutki krążek duetu…

Jest inaczej, a przy tym zupełnie tak samo. Genialna formuła wcielona w życie na „Royal Blood” (choć nie brakuje głosów, że to tylko marna zrzynka z takich Death from Above, chociażby…) wciąż pozostaje główną osią poczynań zespołu. I chyba ciężko byłoby spodziewać się czegoś innego. Co jednak ważne, nie uświadczymy tutaj kurczowego trzymania się kilku bezpiecznych, bo ogranych w stopniu niewypowiedzianym, patentów ani podróżowania po najmniejszej linii oporu. Jest surowo – owszem; jest i niezwykle prosto, ale to niewyszukanie w sposób naturalny wynika z raz utrwalonej formy działań. No dobrze, przyznam – momentami truizm działań młodych Brytyjczyków wprawia mnie w delikatne zakłopotanie. Wyobrażam sobie bowiem, że gdybym był niedoświadczonym życiowo, brodatym Wyspiarzem, kupiłbym już ten bas i zainstalował go w całym nieprzebytym gąszczu kabli i połączeń, gdybym miał garaż i kolegę grającego na perkusji, to grałbym WŁAŚNIE TAK. Toż to niektóre rozwiązania czy progresje akordów wiszą w powietrzu na długo przed realnym zaistnieniem, swoją oczywistością aż kłując w uszy. Co dziwne, mimo tych, wcale nierzadkich, zgrzytów, kontakt z „How Did We Get So Dark?” nieprzerwanie wywołuje na mojej twarzy szeroki uśmiech. Ba, zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. Jak to możliwe? Tym razem – wyjątkowo – diabeł nie tkwi w szczegółach. Bo można niby czepić się brzmienia, że wciąż surowe, ale jednak jakby bogatsze i pełniejsze, na obrzeża myśli przeganiające rozmyślania, że jednak czegoś tutaj brak. To wszystko prawda, lecz stanowiąca tylko i aż przyjemne urozmaicenie. Sekret witalności tego krążka należy natomiast do najbardziej prozaicznych – duet dojrzał i napisał kilka fantastycznych piosenek. Takich o klasę lepszych od czegokolwiek, co nagrał wcześniej, choć przecież i na debiucie roiło się od przebojów niemalże. Tutaj jednak ani sekunda nie zostaje zmarnowana ani przegadana, wszystko jest po coś, nawet, jeżeli niektóre motywy zadziwiają swoją naiwnością. Więcej tu chórków i drugich znaczeń, wyłuskanych starannie spośród szorstkości otoczenia. Bywa bujająco (to zaskoczenie akurat nie jest), jak w „Lights Out”. Bywa dziwnie nietypowo, z pozoru odstręczająco („She’s Creeping”), co wcale nie przeszkadza duetowi ulepić z tej, niby nienajlepszej jakości mąki pięknego refrenu. Mamy też niespieszny, quasi-balladowy „Don’t Tell” czy wspaniały epilog w postaci „Sleep”. Gdzieś po drodze mijamy wyrwę w żywej tkance, konkretnie „Hole In Your Heart”, nie dość, że naznaczoną pierwszym tak wyraźnym eksperymentem, jakim jest oparcie utworu na elektronicznym szkielecie, to (znów!) przebojową w sposób charakterystyczny, a jednocześnie niepotrafiący znudzić. Royal Blood

I właściwie, taki jest cały album – raczej nieodkrywczy, ale, mimo wszystko, kuszący urokami, którym nie sposób się oprzeć. Jeszcze nie dziś. No właśnie – a kiedy? Czy Royal Blood czeka nieuchronne zderzenie ze ścianą? Czy ktoś będzie jeszcze chciał wysłuchiwać przebojowo/zamyślonych miłosnych rozterek angielskiego brodacza? Nieśmiałe podchody w kierunku mniej gitarowego grania świadczą o istnieniu jakiegoś planu „B”. I o świadomości konieczności, choćby delikatnej, ewolucji. Moim zdaniem, duet jest w stanie zapuścić się na nowe terytoria bez zatracania cech, które zrodziły cały ten szum. Jak będzie, pokaże czas, tymczasem: proponuję zagłębić się w ciemność. Warto.

Adam Gościniak

Zdjęcie: Andy Hughes

Pięć