RÖTTEN – Troopers of Midnight (Thrashing Madness Productions)

Jakieś dziesięć lat temu mogło się jeszcze wydawać, że płyty pokroju niniejszej piszą się same, a kolejne wnuki Sodom i Motörhead wyskakiwały ze stron każdego zina. Pewna inflacja gatunku i dystans dzielący „pierwszą ligę” od średniaków sprawił, że nowe zespoły traciły to, czego autor okładki „Troopers of Midnight” w sensie dosłownym nie miał nigdy – wyczucie perspektywy. Za debiutem Rötten nie stoi zapewne jakaś wielka filozofia, ale trudno mi oprzeć się wrażeniu, że słucham ledwie roboczej wersji naprawdę niezłej płyty.

O wyjątkowości Rötten na tle podobnych zespołów decyduje przede wszystkim fakt, że lektura naszywek oblepiających ich  kurtki nie powie wam wszystkiego o ich muzyce. Nie dajcie się zwieść logówkom Revenge, Morbid Angel, czy, o zgrozo, Scorpions i Sadus – duet egzotyczny ciśnie oldschoolowy punk/metal w duchu wczesnych płyt Slayer, Sodom, a lokując ich bliżej współczesności – Toxic Holocaust na ten przykład. Gardłowy wokal rzyga w sito pod riffy zasłyszane na starych płytach Motörhead, melodię półamatorskich bandów z NWOBHM i rytmikę GBH, a wszystko to z wyraźnym rock’n’rollowym posmakiem (taki „Massive Drinking Capacity” to prawie metalowe boogie). Rötten nie stara się co prawda tchnąć w swoje dźwięki jakiejś własnej nuty, ale skoro i tak nie o to chodzi, czepiać się nie będę – tym bardziej, że swoje „retro” łupią względnie swobodnie. Całość uzupełnia kower „Bite It You Scum” GG Allina, który ustawia „Troopers…” we właściwym kontekście.

Sęk w tym, że dos deliquentes popełnili na swoim debiutanckim albumie kilka grzeszków, z których akurat Wiadomo Kto się nie ucieszy. Po pierwsze, materiał jest minimalnie za długi, ciut poniżej 40 minut byłoby optymalne. Po drugie – pecetowa produkcja okaleczyła „Troopers…” bezlitośnie. Tam do kata, dam dukata, że wśród „all instruments”, które zgodnie z wkładką obsługuje Wicked nie ma żywej perkusji. Super, że wyraźnie słychać bas, gorzej niestety, że brzmi on jak gumka od majtek. Wielka szkoda, że taki kawałek całkiem przyjemnego rock’n’rolla wypada jak wersja demonstracyjna, którą wręcza się pałkerowi, żeby uczył się kawałków. Po trzecie – wspomniana wyżej okładka. Rötten ma potencjał i podstawy, ale do detali podchodzi z typowym metalowym tumiwisizmem, który czasem dodaje uroku, a czasem mąci wszelkie wysiłki. Liczę na właściwe wnioski w przyszłości, bo może być znacznie lepiej.

Bartosz Cieślak