ROTTEN SOUND – Cursed (Relapse)

Od pierwszego kontaktu z “Cursed” minęło już trochę czasu, opadły emocje i dzisiaj,  bardziej na zimno, mogę stwierdzić, że entuzjastyczne porównania nowego dzieła do “Murderworks”, jak zresztą słodziłem Keijo w wywiadzie, były jednak troszeczkę na wyrost. Choć i tak uważam, że po raz pierwszy od kilku lat coś drgnęło w Rotten’owej materii, czego efektem jest płyta zdecydowanie stawiająca zespół znowu w pierwszym szeregu brutalnego, grind’owego grzańska…

Nie chce mi się po raz kolejny jęczeć nad stratą blastmastera Kai Hahto, tym bardziej, że perkusista Sami Latva wyrasta na jedną z ważniejszych osób w składzie RS. Nie dość, że znakomicie zagrał, to jeszcze odpowiada za lwią część kawałków na „Cursed”. Dość jednak o rytmie, bo tym razem udało się Finom stworzyć monolit, łączący świetnie przygotowaną stronę ideologiczną z muzyką najwyższej próby. Szesnaście kawałków podzielonych zostało na sześć odsłon, każda odzwierciedlająca – w/g zespołu – jedno z tytułowych przekleństw ludzkości. Może taki podział nie odbija się zasadniczo na samej muzyce, jednak pokazuje wyraźnie, że zespół dogłębnie przemyślał swoje nowe dzieło i zamiast zestawu firmowych wyziewów przygotował coś na kształt koncept albumu.

Muzycznie jest… dobrze. Zdecydowanie lepiej niż na „Consume To Contaminate”, ciekawiej niż na „Cycles”. Pozostało tłuste „szwedzkie” brzmienie, gryzący wyziew gitarowy i potężna produkcja. Dużym plusem płyty jest zróżnicowanie. Obok krótkich, grindowych ataków i firmowych, prawie – punkowych galopad („”Ritual”, „Terrified” czy Holow” z fajnym pomysłem na konstrukcję kawałka) jest sporo wolniejszego stuffu, mielenia w niemal doom’owych rejestrach („Declare” czy „Scared”). Osobistymi faworytami na „Cursed” są dla mnie otwierający płytę „Alone” z ciekawym patentem akcentowym, stojący najbliżej „Murderworks” „Green”, nieco pokręcony „Plan”, opatrzony najlepszym na płycie riffem „Self” i odmienny od zespołowych dokonań „Addict”, gdzie uwagę zwraca całkiem sympatyczna solówka.

Na „Cursed” Rottn Sound złapał równowagę i powoli zaczyna odrabiać straty. Zwiastuny wiosny są całkiem spore i choć nadal nie doczekałem się takiego strzału, na jaki stać Finów, to wreszcie śpię spokojnie, bo najnowsze dzieło dostarcza potrzebnych do życia składników. Zaletą płyty jest długość poszczególnych kawałków – mistrzowsko rozwiązano aranżacje, dzięki czemu nie ma mowy o zniecierpliwieniu, zanim rozsmakujemy się w jakimś temacie,   pojawia się kolejny kawałek i te dwa kwadranse mijają błyskawicznie. Atutem Rotten Sound jest też duża muzyczność i dbałość o riffy – zamiast bezdusznego napierdalania w stylu „byle szybciej”, mamy MYŚLENIE o kompozycji, poparte doskonałym zgraniem ekipy. Malutkim minusem – brak jakichkolwiek nowych pomysłów. Prostota rozwiązań, jakie znalazły się na „Cursed” zapewnia zespołowi dobrą amortyzację koncertową – nie będzie potrzeby przearanżowywania utworów i w zasadzie każdy powinien zostać umieszczony w setliście. Ciekawe, może wzorem niektórych kapel pokuszą się o wykonanie całego zestawu, by jeszcze bardziej podkreślić muzyczno – ideologiczny koncept?

Arek Lerch 4,5