RORCAL – Creon (Unquiet Records)

Rorcal zawsze wydawał mi się idealnym przykładem zespołu całkowicie przeciętnego, który nigdy nie odważył się wyściubić nosa z bezpiecznej strefy. Pierwsze wydawnictwa, może za wyjątkiem nawet całkiem niezłego debiutu, ginęły w natłoku podobnego, post-metalowego rzemiosła, natomiast późniejsze eksperymenty z drone’m nie sprawiły, by do Szwajcarów przylgnęła łatka wizjonerów. Gdy zacząłem już spisywać zespół na straty po dość nijakiej, zeszłorocznej „La Femme Sans Tête”, Rorcal – nazywając rzeczy po imieniu – wreszcie przypierdolił jak należy.

Może nie powinienem tak rozpoczynać recenzji, ale Creon to najlepsze dotychczasowe wydawnictwo szwajcarskiej grupy. Nie jest to album idealny – mniej więcej od połowy napięcie jakby siada, można wręcz odnieść wrażenie, że naprawdę dobrych pomysłów wystarczyło zespołowi jedynie na niecałe pół godziny. Porównując jednak „Creon” do poprzednich wydawnictw, przebudzenie zespołu jest wyraźnie słyszalne. Pierwsze, co rzuca się w uszy, to dynamika – te cztery utwory to nie standardowe, post-metalowe walce, a pełne zmian tempa, rozbudowane kolosy, w niektórych momentach wręcz zaskakująco szybkie. Właściwie, jeśli mam być szczery, nazywanie „Creon” post-metalową płytą jest mocno krzywdzące. Nigdy wcześniej Rorcal nie zanurzył swojej muzyki tak głęboko w black metalu, sprawiając, że momentami to właśnie on stanowi kręgosłup albumu. Dorzućmy do tego nieco niemal hard core’owej ekspresji i nadal wyczuwalne elementy post-metalowe, by uzyskać przepis na płytę więcej niż znośną.rorcal-01

Oczywiście, umiejętne łączenie gatunków to nie wszystko. „Creon” to album, na którym Szwajcarzy wreszcie puścili zaciągnięty wcześniej hamulec. To, co najbardziej mi się na tym krążku podoba, to pasja, jaką słyszę w partiach wokalnych „Εὐρυδίκη”, albo szaleństwo zawarte w świetnym riffie w mniej więcej połowie „Πολυνείκης”. To ten ciężki do wychwycenia, obecny także w wielu innych miejscach pierwiastek sprawia, że „Creon” – w przeciwieństwie do wcześniejszych wydawnictw Rorcal – nie jest tylko przykładem zwykłego, muzycznego rzemiosła. Muzyka żyje, oddycha, jest pełna emocji i bardzo zaangażowana. Brzmi tak, jak powinien brzmieć dobry, metalowy album – wykrzyczana, surowa i agresywna, a nie wymęczona i idealnie dograna.

Rzadko, bo rzadko, ale jednak zdarzają się momenty, gdy Szwajcarzy nieco spuszczają z tonu, niepotrzebnie wracając do tego z czego (nie)słynęli wcześniej. Na całe szczęście, są to pojedyncze wpadki, które zaburzają odbiór krążka jedynie w niewielkim stopniu. Poza tym, „Creon” zdaje się być czymś w rodzaju apelu, za pomocą którego muzycy Rorcal krzyczą, że ich czas dopiero nadejdzie. Obym się nie mylił.

Michał Fryga

Cztery i pół