ROOSEVELT – ROOSEVELT (City Slang/Sonic)

W rozrywce walczymy dalej. Pisaliśmy na naszych łamach już o White Lies, Sexy Suicide, xxanaxx czy Skinny, zatem czas najwyższy na Roosevelt i ukrywającego się pod tym szyldem młodzika z niemieckiej Kolonii –  Mariusa Laubera. Po takim wstępie wszystko musi być jasne – jest IDM – owo, romantycznie i syntetycznie. Na szczęście – wbrew obawom związanym z pochodzeniem Mariusa – udało mu się bardzo zgrabnie uniknąć kiczu, na granicy którego taka muzyka przecież balansuje. Choć dla diabetyków dawka słodyczy może być zabójcza.

Marius próbował w życiu wszystkiego – grał na gitarze, polubił perkusję i nie pogardził pianinem. Wreszcie zasmakował w didżejce a stąd już była prosta droga do elektroniki, która okazała się być jego ziemią obiecaną. Ponoć swój debiutancki album tworzył przez dwa lata i słychać, że czasu nie zmarnował. Dlaczego? Bo poruszając się w formule, w której bardzo łatwo o banał, autoparodię i drażniącą pretensjonalność, zbudował własny styl, który choć aż nazbyt wyraźnie czerpie ze starych rozwiązań i bazuje na sentymentach, jest świeży i absolutnie nie powoduje zażenowania.roosevelt_main_brian_vu

A ryzyko jest duże. Bo synthpopowa stylistyka prowokuje do tworzenia koszmarów, na zasadzie przecież to proste, każdy tak może. Pewnie dlatego często próby reanimowania tamtego klimatu kończą się źle a nawet te udane wzbudzają różne reakcje. W przypadku niniejszej płyty, sukces polega na tym, że Marius połączył w organiczną całość kilka elementów, dbając o to, by proporcje zgadzały się na każdym poziomie. Skoro mówimy, że to muzyka taneczna, musi być odpowiedni puls. I tu pierwsze, miłe zaskoczenie – zamiast głupawego pstrykania automatów, mamy rasowe, tłuste brzmienie stopy, fajnie zaaranżowaną warstwę perkusjonaliów, które choć nie przesadzone decydują o dynamice płyty. Duże znaczenie ma też fajny głos pana Laubera. Nie drażni, ma ciepłą barwę no i właściciel robi  z niego konkretny użytek. Przemieszanie klimatów IDM z romantycznym, synth popowym smagnięciem klawiatur nie byłoby tak udane, gdyby nie trzymanie muzyki w ryzach. Czasami jest oszczędnie, czasem wybijają się bardzo dobre, wpadające w głowę refreny, przede wszystkim jednak od razu słychać, że to nie komputerowo spreparowany zestaw do podrygów, ale bardzo dobre piosenki.

Myślę, że gdyby te kompozycje przełożyć na język rockowego instrumentarium, mielibyśmy do czynienia z nie lada sensacją. I tu jest być może jedyny problem, bo choć muzyka jest bardzo przebojowa, to obrana stylistyka nie każdemu przypadnie do gustu. Co nie zmienia faktu, że Roosevelt uosabia wszystko co możemy zamknąć w słowie „rozrywka”.

Arek Lerch

Cztery