ROME – A Passage to Rhodesia (Trisol)

Gdyby nie fakt, że tematyka utworów Rome oscyluje raczej wokół historii pisanych krwią na polach bitew niż relacji damsko-męskich, spokojnie można by było przykleić tej muzyce pogardliwą łatkę „romantica”, którą moje koleżanki z pracy zwykły określać takie łzawe, podszyte melancholią dźwięki. I trochę sam się sobie dziwię, że jako człowiek karmiący się głównie hałasem mam taką słabość do rzewnych melodii. Może to jakaś pozostałość z licealnych czasów, kiedy wzdychałem do niedostępnych dla mnie dziewcząt przy dźwiękach „Bloody Kisses” Type O Negative. A może trzeba po prostu pogodzić się z tym, że nawet z całego serca pragnąc pozostać nieczułym chamem, nie sposób całkowicie wygonić z głowy ukrywającego się w jej zakamarkach chłopaczyny, żałosnego w swej naiwnej wrażliwości niczym bohater serialu „Jan Serce”.

I trochę podobnie jest z muzyką Rome, bo choć w zamyśle opowiada ona o twardych, męskich sprawach, to często jest w tym taki ładunek wywleczonych na wierzch emocji, że wszystko to balansuje na granicy kiczu, a może nawet ją przekracza. No bo umówmy się, że pewne rzeczy powinno się opowiadać szorstkim, zmęczonym głosem, a nie marzycielskim zawodzeniem. Jeśli melancholia, to pod postacią lekko szklistych oczu wpatrzonych w przestrzeń nad kieliszkiem wódki, a nie wierszyków wyrytych cyrklem na ławce. Twórczość Rome zawieszona jest gdzieś pomiędzy jednym a drugim, ale Jérôme Reuter częściej chyba snuje te swoje opowieści głosem rozczarowanego marzyciela, niż zdystansowanego do życia, starego wygi po przejściach w typie Leonarda Cohena. Paradoksalnie jednak na tym w dużej mierze polega urok tego zespołu.Rome

To już dziesiąty album firmowany tą nazwą i w zasadzie nie przynosi on z sobą nic nowego. Mało tego, po raz pierwszy mam wrażenie, że kompozytorowi powoli wyczerpuje się arsenał środków. Niektóre utwory to niemalże autocytaty i parę razy łapałem się na tym, że przy pierwszych dźwiękach myślałem, że to któraś ze starszych piosenek Rome nagrana ponownie. W sumie chyba trudno na dłuższą metę czegoś takiego uniknąć i na pewno nie powinno to dziwić na takim etapie działalności zespołu, ale mimo wszystko działa to na niekorzyść tej płyty. Kolejną sprawą są teksty i o ile sam koncept nawiązania do wojny rodezyjskiej wydaje się ciekawy, o tyle ich autorowi należy się mała nagana. Gościu, naprawdę nie ma potrzeby, żeby słowo „Rhodesia” pojawiało się w każdej zwrotce każdego utworu. Jest w tytule płyty. Raz, dwa razy, może trzy, byłoby w granicach rozsądku. Ale jeśli w którymś tam z kolei kawałku na końcu zdania pojawia się „amnesia” i jesteś w tym momencie w stanie postawić oszczędności swojego życia na to, że rymem do tego będzie „Rhodesia”, to nie wypada to najlepiej.

Ale wszystko to nie zmienia faktu, że ten mój wewnętrzny chłopaczyna mięknie przy „The Ballad of the Red Flame Lilly”, że tupie nóżką podczas „One Fire” i że znów daje się wciągnąć w te opary melancholijnej zadumy. Nie jest to może płyta tak dobra jak „Masse Mensch Material”, ale poniżej pewnego, wysokiego poziomu nie schodzi. A jeśli w kilku fragmentach może ruszyć nawet takiego gruboskórnego prostaka jak ja, to znaczy, że coś wartego zachodu w tych dźwiękach siedzi.

Michał Spryszak

Cztery