ROLLING STONES – Blue&Lonesome (Polydor/Universal)

Stonesi to koronny przykład na to, że rock’n’roll wydłuża życie. Oczywiście, niekiedy drastycznie je skraca. Ale jeżeli jesteś choć trochę czujny i nie zasypiasz pijany leżąc na wznak, nie leczysz bólu żołądka heroiną oraz nie oglądasz „Stroszka” w środku nocy, prawdopodobnie dożyjesz sędziwego wieku. Richards i spółka, choć nie raz szli po bandzie, mieli w sobie tę ostrożność. Dzięki temu teraz, kiedy pewnie sami już nie pamiętają ile mają lat, mogą nagrać płytę z muzyką ich dzieciństwa. Muzyką, dodajmy, która nadal w nich siedzi.

Jakoś nie jestem zaskoczony, że na pomysł nagrania „Blue&Lonesome” wpadł Keith Richards. Kiedy praca nad autorskimi kompozycjami utkwiła w miejscu, zaproponował zagranie tego właśnie kawałka, co by się trochę zainspirować i rozruszać. Wypadło na tyle ciekawie, że – zupełnie spontanicznie – panowie odkurzyli jeszcze kilka bluesowych standardów i nagrali płytę. No i cóż – słychać, że oni się świetnie bawią. Nawet Jagger, zajęty wypinaniem piersi po ordery od Królowej Elżbiety i prywatnymi koncertami dla Obamy, na „Blue&Lonesome” znowu jest młody, pełen energii i – zabrzmi to patetycznie – szczerej miłości do muzyki. To już nie jest wyrachowany biznesmen, a raczej ktoś, kto postanowił na starość zebrać się z kumplami i pograć trochę ulubionych piosenek.rolling-stones

Same utwory… Cóż, tu żadnej niespodzianki nie ma. Ot, nieco bardziej współczesne wersje starych szlagierów. Wszechobecna harmonijka to rzecz z rodzaju love or hate. Ma swój urok, ale rozumiem, że może dla kogoś być uciążliwa. Mnie akurat nie przeszkadza, ale ja lubię też wokal Dave’a Mustaine’a, więc prawdopodobnie jestem trochę przygłuchy. Brak fajerwerków w aranżacjach Stonesi nadrabiają entuzjazmem. Jagger nie śpiewał tak dobrze chyba od czasów „Voodoo Lounge”, Richards i Wood jak zwykle trzymają poziom, a Charlie, dostojny jak zawsze, nie gra co prawda zbyt efektownie, ale bardzo skutecznie.

Im więcej „Blue&Lonesome” słucham, tym bardziej zazdroszczę. Cała masa muzyków traciła w pewnym momencie serce do grania, bo tę pierwotną miłość zabiła sława, pieniądze czy wielomiesięczne trasy. Myślę, że i Stonesi mieli takie momenty – Jagger na pewno. Ale świetne jest to, że teraz, pod koniec kariery, potrafią znowu cieszyć się nią jak dzieciaki. I chociaż chciałbym nowych kompozycji od Richardsa i spółki, to w ogóle się nie obrażę jeśli ten krążek będzie ostatnim. Piękna byłaby to klamra.

Paweł Drabarek

Cztery i pół