ROBERT DAHLQVIST – Solo (Despotz Records)

W 2013 roku mija pięć lat odkąd Nicke Andersson pogrzebał genialnych The Hellacopters. Członkowie grupy udali się na inne podwórka, radząc sobie różnie. Po raz pierwszy na wydanie piosenek i podpisanie ich własnym imieniem i nazwiskiem zdecydował się Robert Dahlqvist, który wspomagał Nicke przez dziewięć lat. Rezultat tego kroku jest niezły.

Zakładać się nie mam zamiaru, ale sądzę, że większość z lubujących się w melodyjnym hard rocku i rocku z wykopem, gdy usłyszy, iż ktoś grał w The Hellacopters, to pewnie robiąc coś pod innym szyldem albo na własne konto, zapewne też łoi aż miło. Dahlqvist takiego osobnika zaskoczy już na wstępie, bo otwierający jego solowy debiut „Jag Va Kött Och Blod” to delikatna, akustyczna balladka, śpiewana kruchutkim głosikiem przez Szweda. Kolejny numer, w tym samym guście. Czyżby były wioślarz czołowej niegdyś rockowej kapeli przeżył jakieś nawrócenie, odtruł się i wraz z używkami porzucił czadowe granie? Na szczęście tak nie jest. Są na płycie Roberta nagrania przypominające, że kiedyś pazury miał ostre i wraz z kolegami skutecznie nimi raził. „Sneseglaren” to zdecydowanie najmilszy uchu spadek po The Hellacopters, którzy kochali się w The Stooges, MC5, Iggym Popie. „Redo Nån Gång” też zalicza się do wąskiego grona piosenek mocniejszych, podobnież „Ta Det Kallt”. Tak, wąskiego. „Solo” to album raczej spokojny, kontemplacyjny, intymny, introwertyczny niż wrzaskliwy, hałaśliwy, rockowo arogancki, łobuzerski, bezkompromisowy. W całości zaśpiewany po szwedzku, co wielu na pewno utrudni wgryzienie się w materię tekstową. A może zmotywuje do nauki tegoż języka? Ponoć jesteśmy zdolni, wspaniali, a jak się nauczymy szwedzkiego to praca będzie leżeć i czekać na nas pod drzwiami domu, rekruterzy, którzy wiedzą o człowieku więcej niż on sam, będą nas błagać o jej podjęcie, itp.

Dobra, dość żartów i wycieczek w kierunku, w którym w serwisie muzycznym chodzić nie należy. Ekswioślarz Hellacoptersów to miłośnik sprzętu, zarówno do grania, jak i do nagrywania, którego charakterystykę określa coraz bardziej współcześnie świechtane słówko „vintage”. Słychać i czuć, że na brzmieniu, które jest ciepłe, prawdziwe, silnie nawiązujące do muzyki sprzed paru dziesięcioleci, zależało Robertowi bardzo. Cel osiągnął przy pomocy producenta Björna Olssona. Aczkolwiek łatwo chyba nie było, skoro nagranie i wyprodukowanie 10 piosenek trwających nieco ponad 33 minuty zajęło ponad dwa lata. W sztuce jednak czas liczy się inaczej i deadline’y nie zawsze dobrze służą efektowi końcowemu. Lepiej być konsekwentnie wolno podążającym w wyznaczonym kierunku żółwiem, aniżeli gnającym do przodu zającem, jak uczy przypowieść.

Dahlqvistowi udało się pokazać, że jest artystą, który nie zamierza zamykać się w wąskich ramach melodyjnego hard rocka, z którego go poznaliśmy. Że nie obce jest mu aranżowanie piosenek na coś więcej niż tylko gitarę, bas i perkusję. Zgrabnie wplótł w utwory smyczki i fortepian (naprawdę pięknie zrobił to w „Ej Med Flit”), ciekawie użył gitarowych efektów. Szwed czuje się oczywiście świetnie w dynamicznym hard rocku, tu mającym brud wspomnianych artystów ze stanu Michigan. Daje nam jednak wyraźny sygnał, że nie należy od niego oczekiwać prostej kontynuacji The Hellacopters, czy Thunder Express, zespołu, który założył jeszcze w czasach grania z Nicke Anderssonem, będącego fuzją MC5 i The Rolling Stones. Na razie nie udało mu się napisać żadnego kawałka, po którym świat rozdziawiłby gębę w niemym zachwycie, lecz stworzył album równy, który może się podobać, którego słucha się z ciekawością. Raczej do kontemplacji niż hedonistycznych szaleństw.

Lesław Dutkowski

Cztery