RIVERSIDE – Love, Fear and the Time Machine (Mystic)

Nigdy nie byłem fanem Riverside, co więcej, z dużą rezerwą podchodziłem do płyt tego zespołu wydanych po „Rapid Eye Movement”, a gdybym nagle miał pokochać ich za krzewienie prog (art?) rocka sprzed kilku dekad, to uczucie jakim mógłbym darzyć ten zespół wypaliłoby się. Nie przeczę, że grupa ma ogromny wkład w kawał polskiej muzyki ostatniej dekady, nie odmawiam im zresztą zasłużonych sukcesów, ale w pewnym momencie Mariusz Duda lepiej realizował swoje pomysły w Lunatic Soul niż w macierzystym zespole.

Fani zarzucą mi głuchotę i deprecjonowanie potęgi jaką jest Riverside. Obiektywnie – zgoda, ale „Love, Fear and the Time Machine” nie urzeka mnie tak jak pierwsze wydawnictwa grupy. Może wynika to z ówczesnych fascynacji Porcupine Tree, a może obstawaniem przy floydowskiej konstrukcji utworów. Dziś panowie odbiegają od pejzaży rodem z lat 70., zwracają się w stronę magicznych lat 80. Co za tym idzie, powinno być nieco mroczniej i gęściej, a ku mojemu zdziwieniu nacisk położono na zupełnie inne elementy. Tu pojawia się znak zapytania, czy pójście śladem Fates Warning, psychodelicznego, mniej bujającego oblicza Purpli i technicznych ciągot Pendragon/Camel to aby na pewno „to”.band

Fani pójdą w sukurs i krzykną – tak! Ja jednak pozostanę lekko bierny na piosenkowe Riverside. Jak najbardziej doceniam warsztat wszystkich muzyków, doskonałe, piękne linie melodyczne Dudy i klawiszowy sznyt w niemal każdej kompozycji, ale zganię za zdecydowanie zbyt nowoczesne brzmienie i odrobię za mało wyeksponowany rytm. Poza tym, i tu muszę to przyznać bez przysłowiowego bicia, Riverside jest klasą samą w sobie. Nie muszą się podobać masom (choć grają na naprawdę zróżnicowanych imprezach), nie muszą ich wielbić fani djentu i progresywnego metalu, grunt by doceniali ich słuchacze muzyki – nie gatunków. Tu z pewnością Riverside ma spore pole do popisu, bo mimo, iż jest to zespół oparty na rockowym kręgosłupie, bez względu na wcześniejsze upodobania i obecne uprzedzenia, w nietuzinkowy sposób opowiada naprawdę interesujące, plastyczne historie, dzięki którym prędzej czy później w swojej klasie staną się absolutnym numerem jeden.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy