RITES OF DAATH – Hexing Graves (Godz Ov War)

Zabawne, jak nieoczekiwanie pewne płyty potrafią się okazać tzw. „slowburnerami”. Debiutancka ep-ka Rites of Daath po pierwszych przesłuchaniach wydała mi się „deathmetalem jakich wiele”. Kręciłem nosem na przydługie intro, „takie-se” kompozycje i ogólną niewyrazistość. Z jakiegoś powodu wgryzienie się w ten dość oczywisty materiał wymagało kilkutygodniowej przerwy. „Hexing Graves” swoje odleżał, ale swój moment odnalazł.

Rites of Daath gra death metal – ten piwniczny, twardo stojący na doomowych fundamentach Winter i Thergothon, sam w sobie jednak bliższy opowieściom z krypty Dead Congregation i Grave Miasma. Kompozycyjnie ani stylistycznie nie ma w muzyce nic wyszukanego, co wyróżniłoby ich na pierwszy rzut ucha z tłumu zespołów, których ojcem chrzestnym jest John McEntee, a matką Cazz Grant. I pewnie to mnie zmyliło, kiedy pod wąsem mruczałem, że „niby ok, ale takich kapel to z pół świata”. Nawet jeśli, to Rites of Daath wyraźnie nie aspirują do bycia najoryginalniejszym hordem tej planety – i ok, nie jest to konieczne, zwłaszcza w takiej muzyce. Koniecznie jest za to umiejętne budowanie atmosfery tak, aby death metal nie był tylko rock’n’rollem na pogłosach. I to „Hexing Graves” robi doskonale. Bardzo pasuje mi „jaskiniowość” tego materiału, jego idealnie wyważony prymitywizm, dokładnie w pół drogi między niesłuchalną tępotą Gravewürm a powiedzmy Necros Christos, który ma to samo podejście, jednak przesładza je intrami i „wyliczankowymi” tekstami. W Rites of Daath nawet intro jest brzydkie, ale całość pozostaje bardzo „muzyczna” i w swojej nieprzyswajalności wciągająca. RoD

Nie jest tak, że „Hexing Graves” ostatecznie powalił mnie na kolana i wciąż słyszę go jako materiał bardziej „obiecujący” niż powodujący wstrząsy, ale przykładam ucho do tej szyny i czekam na kolejne pociągi. Z tej bestyjki mogą być w przyszłości pożeracze światów. Kto zaś poza death metalem utopionym w smole, reverbie i Incantation świata od lat nie widzi, ten powinien sprawić sobie tę ep-kę koniecznie. Taka już specyfika tego typu kapel, że co dla jednych będzie lekturą uzupełniającą, inni wpiszą sobie do kanonu.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół