RISE AND SHINE – Empty Hand (I Hate Records)

Odpalenie czwartego longa Rise And Shine było dla mnie nie lada przyjemnością. Mocny, melodyjny riff kojarzący się albo z Black Sabbath, albo z ich epigonami z Count Raven, punktująca sekcja i jak po 50 sekundach wszystko nie pieprznęło i rozsypało się w drobny proch! Dramat! Gwałtu rety, baba na wokalu!

 

Nie żebym był uprzedzonym szowinistą, bo taką Jex Thoth wielbię niespełnioną miłością, ale wokal między Adą Rusowicz a Janis Joplin jakoś nie pasuje mi do heavy rocka, którego ojcami są niepodzielnie i niepodważalnie bogowie z Birmingham. Wszystko wyjaśnił rzut oka na dyskografię zespołu i tytuł debiutu – „Flowerpowermetal”. Jeśli tak wygląda ścieżka Rise And Shine od samego początku, to ograniczę się jedynie do encyklopedycznego zapoznania się z „Empty Hand”. Nie ma po prostu szans, abym przekonał się do nachalnego wibrato, którym na prawo i lewo epatuje Josabeth Leidi. Trzeba mieć naprawdę nie lada tupet, aby rozpierdolić świetne partie gitarzystów w takim chociażby „I Don’t Belong”, „Someone Else’s Share”, czy utworze tytułowym. Ba, śmiem twierdzić, że człowiek, który miksował ten album, musiał być głuchy, bo Rise And Shine ma do zaoferowania dużo więcej niż irytującą manierę swojej wokalistki. A w strukturze gitar jest naprawdę fajnie, bardzo zwiewnie i z dużym, jak na dość klasyczny gatunek, polotem. Ale co z tego, skoro Josabeth drze ryja i wibruje w górkach tak, że każdy jej popis staram się jak najbardziej wyciszyć na domowym sprzęcie.

Ilość kawałków, w których wokale pani Leidi są przyswajalne jest naprawdę nikła (zmieściłbym w tej grupie zagęszczony „King Cliff” i bardziej rockowy, dający więcej miejsca pod linie wokalne „Harmony and Noise”). Cóż, z każdym przesłuchaniem bardziej przyzwyczajam się do tego, jak ten album brzmi, ale jest masa miejsc, które jeżą mi włos na karku i nie umiem powstrzymać się od rzucenia w eter soczystą „kurwą”. A to akurat nienajlepszy omen…

 

Dooban 3