RINGWORM – Scars (Victory Records)

Coraz trudniej połapać się w pędzącej szaleńczo, hardcore’owej scenie. Już nie metalcore, ale crust, a może jeszcze coś innego? Nie wiadomo, co akurat jest na topie, zresztą, w hałasie rodzących się i upadających, kolejnych, scenowych objawień nie słyszę nawet własnych myśli. Dlatego z pełną premedytacją wybieram stare i sprawdzone załogi, które na takiej muzyce zjadły zęby. Wybieram Ringworm i stwierdzam jednocześnie z pewnym zdziwieniem, że najnowsza płyta amerykańskich rzeźników jest w dużej mierze powrotem do hardcore’owej tradycji. Co nie oznacza, że fani Slayer nie znajdą tu czegoś dla siebie. A dla wszystkich po równo – piekielna agresja, kosząca lepiej niż kostucha. Ta uciekła, krzycząc ze strachu…

Krytyk muzyczny ma przewalone – żeby być wiarygodnym i profesjonalnym, musi porównywać nowe płyty z ich poprzednikami, analizować i udawać, że wyciąga z tego jakieś inteligentne wnioski. Mnie nie chce się porównywać, jest pierwsza w nocy, jutro jak każdy pozer wstaję do roboty, więc skupię się dosłownie na tym, co słyszę na „Scars” i co bardzo mi się spodobało.

Piąty krążek maniaków z Cleveland podoba mi się z trzech powodów. Po pierwsze – skupia najlepsze cechy współczesnego hardcore’a wraz z całym bagażem ostatnich lat. Czyli mamy sporo metalowych, wściekłych zagrywek, są takie breakdowny, że na koncertach każdy klub zostanie rozpieprzony w pył, mamy trochę solidnego d – beatu i wściekłego zasuwania do przodu. Po wtóre – ta muzyka jest w zasadzie dość prosta, dzięki czemu na prowadzenie wysuwają się znakomite, rasowe i plastyczne riffy – to z kolei pozwala już po pierwszym kontakcie zapamiętać prawie każdy kawałek. No i to także odniesienie do trzeciego argumentu „za”, mianowicie jest „Scars” stosunkowo chwytliwym, łatwo przyswajalnym materiałem. Ok., subiektywnie – przynajmniej ja się nie zmęczyłem podczas konsumpcji, co w przypadku miksu metalu i hc zdarza mi się ostatnio nagminnie. Tu w sukurs nowym piosenkom Ringworm przyszła zapewne lekka orientacja w stronę rock’n’rolla, który w kilku miejscach dodaje muzyce rumieńców a z takich kawałków jak „Unravel” robi musowe hity koncertowe.

Ringworm to zespół doświadczony, jednak dopiero na „Scars” udało mu się idealnie wyważyć agresję i duszącą wściekłość z pokerowym niemal wyrachowaniem. Słuchając płyty mam nieodparte wrażenie, że w wielu momentach zespół celowo powściąga  zapędy, by przywalić, kumulując tym samym agresję i perfekcyjnie kontrolując każdą eksplozję. Sztuka ta nie udaje się każdemu bo, niestety, granie na permanentnym „wydechu” to nadal największa bolączka połowy hc/metalowych załóg, szczególnie z europejskiego podwórka.

Jeśli tzw. metalcore ma jeszcze jakąkolwiek przyszłość, to „Scars” pokazuje kierunek i otwiera jakąś tam nadzieję przed wyeksploatowaną do cna działką. Ta ostatnia uwaga jest szczególnie istotna, bo „Scars” słucha się wyśmienicie, mimo, że nie ma tu ani jednego, oryginalnego czy zaskakującego dźwięku.

Arek Lerch 5