RIBOZYME – Presenting The Problem (Indie Recordings)

Czy nazwa może sugerować zawartość krążka? Zasadniczo tak, bo zespół mający powyższy szyld świniaka na pewno nie zamordował, kościoła nie spalił i raczej nie wiesza czaszek na statywach mikrofonowych. W ten sposób Norwegia po raz kolejny zaskakuje…

 

Moi koledzy w dzisiejszym zestawie fundują raczej dość rzeźnickie dźwięki, dlatego ja dla odmiany przedstawię formację dużo lżejszego kalibru, choć wydawca znany jest głównie z ostrzejszych form. Ribozyme to znakomity… rockowy ansambl, który na swojej trzeciej płycie w udany sposób łączy ulotną melodykę z porządnym uderzeniem. Jeśli za uderzenie uznamy np. lekko stoner’owe riffy, miejscami tool’ową motorykę („Downside Advantage”) i wygładzone brzmienie. Na szczęście, nic nie jest tu aż tak oczywiste, żeby przyporządkować zespół do jednego nurtu. Poza tym grupa potrafi czasami zapomnieć, że jest formacją rockową z metalowymi korzeniami i odważnie zapuszcza się w rejony floyd’owej psychodelii, opartej na transowych resorach sprawnie pompującej sekcji. Ok., w takim razie może do tej wiązanki dołożyć jeszcze określenie, którego dość dawno nie używałem – „post rock”.  Do tej szufladki z powodzeniem wrzucimy „Caskets”, gdzie tkany pejzaż może kojarzyć się nieco z dokonaniami… U2. Najlepszym przykładem będzie jednak „The Bricks Went Flying”, kończący krążek, ponad siedmiominutowy kolos, gdzie zespół popisał się konstrukcyjnym kunsztem.

Oczywiście, zespół wie, co to ciekawa aranżacja, dlatego nawet w tych mocniejszych utworach serwuje dynamicznie zróżnicowane fragmenty, czasami z niezłym rozmachem. Innym, zaskakującym wpływem, jaki wyłapałem podczas seansu z płytą są momenty mocno kojarzące się z Alice In Chains („Paid In Graves” czy świetnie budujący napięcie, miękki „Over the Galvanized”). Gdzieś przemknie  posmak nowej fali („Scale of Values”) a dla rockowych chłopaków mamy kawałek tytułowy, motoryczny „Lending a Fever” (hit płyty z pięknie koszącym refrenem…) czy młodzieżowy (ach, te porównania do emo – sremo…) „Revatched”. Słowem – dla każdego coś miłego, choć nie zamierzam oskarżać muzyków o fundowanie słuchaczowi dźwiękowego śmietnika. A to dlatego, że pewnie wieloletnie doświadczenie pozwala Ribozyme utrzymać wszystkie te niesforne dźwięki w ryzach i sprawnie eksperymentować z aranżacjami, bo z rockową prostotą w stylu „zwrotka – refren” ta płyta nie ma zbyt wiele wspólnego.

Nie lubię zwrotów, gdzie pojawia się przymiotnik „nowoczesny”, bo słówko to jest wytrychem nadużywanym przez pismaków, sugerujących, że trzeba daną rzecz mieć, jeśli chce się być „na fali”. W przypadku Ribozyme słowo to ciśnie mi się nieustannie na usta, jednak zdaję sobie sprawę, że porównując muzykę Norwegów do gdzieś wyżej cytowanych formacji nie mogę go użyć. Zamiast tego zastosuję inne – „ciekawy”. Bo taki jest Ribozyme na „Presenting the Problem” – intryguje, wciąga i pozwala miło spędzić czas. Żongluje sprawdzonymi  cytatami, sprawia wrażenie ambitnego a jednak przede wszystkim dostarcza zwykłej rozrywki dla bardziej ambitnych fanów alternatywnego rocka. Po prostu da się lubić.

 

Arek Lerch 5