REVERENCE – The Asthenic Ascension (Candlelight/Plastic Head)

Jako że skarbiec gdzie gromadzono najpiękniejsze dźwięki kiedykolwiek zagrane w progresywno-awangardowym świecie black metalu zamknięto na klucz wykuty z ostatniej sekundy utworu „Hufsa” i tak pozostaje od siedmiu długich lat, szukam jak ryba wody wszystkiego, co chociażby w minimalnym stopniu przypominałoby dokonania kosmicznej super grupy pisanej z dużej litery A. Skoro każdy pretekst (i każdy wstęp do recenzji) jest dobry, żeby wtrącić coś o Arcturus, to za bardzo dobry powód do takiego zachowania należy uznać ukazanie się nowego albumu blackmetalowego Reverence, który śladowe ilości arcturusowszczyzny zawiera.

Wskazany wyżej podmiot liryczny – ryba, nie miała przez ten czas wyjścia i musiała zadowolić się pływaniem z rybimi przyjaciółmi z Francji w słoiku (Blut Aus Nord) i w przenośnym akwarium komendanta Erica Lassarda (Peste Noire). Większe zbiorniki do przemysłowego połowu (Deathspell Omega) znacznie różniły się od rodzimych, podziemnych oceanów na Marsie, które wyschły przez bezczynność kosmicznych nawigatorów z Arcturus. Ale dzięki rozłące z ojczystą planetą, ryba poznała wiele nowych, ciekawych miejsc i doszła do przekonania, że droga do celu może być czasami ciekawsza niźli on sam. Świadoma swego odkrycia, wpłynęła do podziemnych kanałów Trélazé, gdzie Francuzi z Reverence ponownie ulepili ze szlamu coś na kształt eksperymentalnego black metalu. Pojęcie „eksperymentalny” oznacza w tym wypadku, że, na szczęście, nie uświadczymy na „The Asthenic Ascension” jednostajnego, blastowego łupania modnego w stylach blackgaze czy postblack z jęczącym zwierzem próbującym bezskutecznie zwrócić uwagę słuchacza jakimkolwiek wydanym przez siebie dźwiękiem, gdzie niby to klimat i trans jest najważniejszy, a użyte środki stanowią jedynie zawartość skrzynki z narzędziami. Reverence proponuje przemyślane dźwięki, gdzie narracja podąża w różnych kierunkach, bazując na organicznym i jednocześnie konkretnym graniu. Jak przystało na nowoczesny, ambitny zespół black metalowy, Reverence bawi się dysonansami i rytmami, zahaczając w tym ostatnim aspekcie nawet o klimaty fusion. Zwolennikom surowego, koziego mięsa zapewne przypadnie do gustu brak ornamentyki właściwej Arcturusowi, co w praktyce oznacza brudny wokal i złowrogi, industrialny, zimny klimat. No to gdzie ten Arcturus w twórczości Reverence, zapytacie? Ano chórki śpiewane czystą barwą wydają się żywcem wyjęte z „La Masuerade Infernale”, jakby udzielał się w nich sam Garm. Pomimo malowania przez Reverence nastroju w szaroczarnych barwach, sposób jego przełamywania nieco pogodniejszymi dźwiękami przypomina mi właśnie dokonania Norwegów. Całość tworzy dojrzałe, świadomie popełnione dzieło, bez wyraźnie odczuwalnego udawania mesjaszy „trudnego” grania i liturgizacji warstwy tekstowej. Szkoda tylko, że w zasadzie słyszałem to już wszystko w co najmniej równie dobrym wykonaniu u Glorior Belli, Dso, Satyricon czy wspomnianym wyżej Blut Aus Nord. Nie wiedzieć czemu, pomimo wielokrotnego odsłuchu, muzyka na „The Asthenic Ascension” jakoś nie wgryzła się w ucho i pozostawiła mnie zbyt letnim na takie granie. Może to za sprawą nie do końca naturalnej kombinacyjności grania i nadmiernej ilości wtrąceń popularnych ostatnio gitarowych „let ringów”? A może za dużo tu cytatów z twórczości wyżej wymienionych zespołów?
Tak czy inaczej, za sprawą takich płyt jak „The Asthenic Ascension” powiększam dalej swoje zbiory poszczególnych dźwięków przeznaczonych na moją autorską płytę Arcturus, a w chwilach zapomnienia o oczekiwaniu na ich nowe wydawnictwo odkładam na bok moje patchworkowe dzieło życia, ciesząc się, że skojarzenie Reverence z Arcturus pozostaje tylko niezobowiązującym pretekstem do zapoznania się wreszcie z twórczością tego niemłodego stażem bandu.

Kuba Kolan