REVENGE – Behold.Total.Rejection. (Season of Mist)

Nie chciałbym doczekać czasów, kiedy muzyka Revenge będzie grana w muzeach, a jakiś pedałkowaty koneser wina będzie pokazywał mi, że mam rozmawiać ciszej, „bo to wielka sztuka”. Teoretycznie się na to nie zanosi, ale prawda jest taka, że twórczość zawarta na „Behold.Total.Rejection” spełnia wszelkie wymogi, by zostać wpisana w poczet współczesnej awangardy. Na swoje szczęście jest jednak wciąż zbyt radykalna i za bardzo kojarzona z metalowym podziemiem, żeby stać się obiektem kilkusetstronicowych analiz profesorów od muzyki.

Dlaczego o tym piszę? Może dlatego, że trochę śmieszą mnie te podziały na kulturę masową i sztukę wysoką, mydlące ludziom oczy i wynoszące na piedestały zwyczajne podwórkowe gówno, bądź też stawiające rzeczy faktycznie ciekawe w szeregu młodzieżowych fanaberii. I nie chodzi mi wcale o to, żeby muzyce Revenge nadać nagle miano arcydzieła, bo nie skorzystałby na tym nikt, a nawet byłaby to w pewnym sensie zniewaga dla tych dźwięków. Ale jeśli można podejść poważnie do twórczości Prurient czy Death Grips, to i Revenge zasługują na to, żeby oddać im sprawiedliwość.

Na scenie tak zwanego ekstremalnego metalu posiadanie własnej tożsamości jest dziś rzeczą niesłychanie rzadką. Revenge nie tylko porusza się w ramach wykreowanej przez siebie estetyki, ale też potrafi brzmieć świeżo i zaskakiwać na wysokości swojego piątego albumu, co nie zdarza się często, niezależnie od tego z jakiego rodzaju zespołami mamy do czynienia. Oczywiście punktem wyjścia jest tak zwany war metal czy, wnikając głębiej, tradycyjny grindcore, ale od samego początku działalności zespół ten gra tak, że trudno pomylić go z jakimkolwiek innym wykonawcą z tej samej szufladki. W warstwie rytmicznej dzieją się tutaj rzeczy, jakich nie napotkałem nigdzie indziej, a płyt z podobnym hałasem słyszałem przecież w swoim życiu setki, jeśli nie tysiące. Revenge bazuje na prymitywnym, plemiennym pulsie, który rozwija się w chaotyczne kanonady ustępujące co jakiś czas miejsca krótkim, rytmicznym akcentom, które robią tutaj tak naprawdę całą robotę. W najlepszych momentach przypomina to rozłupywanie czaszki kamieniem, albo walącą się na przypadkowych przechodniów betonową konstrukcję.Grafika
W tym momencie pan koneser zachłyśnie się być może swoją Hipster-colą (która smakuje tak samo jak zwykła cola, ale kosztuje pięć razy tyle), a apaszka zrobi się odrobinę za ciasna, ale zapraszając Revenge na salony pamiętać musimy o tym, że jest to byt nieokrzesany i prymitywny. Naniesie błota, niezgrabnym ruchem stłucze wazon, poplami tłuszczem bielutki do niedawna obrus. Wywoła bójkę. Może zatem należałoby poczekać na jakiś zespół w rodzaju Deafheaven, który z tak radykalnej estetyki zrobi ciepłe kluchy strawne zarówno dla przeciętnego klienta barber shopu, jak i dla cioci Kazi, która za młodu słuchała Led Zeppelin i gdyby nie te wrzaski pokochałaby taką muzykę jak swoje trzecie dziecko. Revenge bowiem wciąż niespecjalnie pragnie się ucywilizować i nie wygląda na to, aby w najbliższym czasie miało się to zmienić.

Michał Spryszak

Sześć