RESPIRE – Dénouement (Zegema Beach)

Dużo słyszę i dużo czytam o nowym albumie Deafheaven, który wywołuje opinie dość skrajne – zarówno takie, że to kolejne odgrzewanie przecież i tak nieudanego kotleta, jak i twierdzące, że „Ordinary Corrupt Human Love” to najlepsza pozycja w dotychczasowej dyskografii Amerykanów. Czemu jednak w recenzji najnowszej płyty Respire na samym początku wspominam o Deafheaven? Głównie dlatego, że Kanadyjczycy kiepsko trafili z datą premiery. „Dénouement” to wydawnictwo idealnie skrojone pod fanów Deafheaven, a przy tym… ewidentnie przebijające KAŻDY album Amerykanów i to chyba też pod każdym względem. Po prostu słuchając „Dénouement” odnoszę wrażenie, że to nie młodsze stażem Respire inspiruje się twórcami „Sunbather”, a właśnie Deafheaven dość nieudolnie próbuje zbliżyć się do poziomu swoich kolegów. Biorąc jednak pod uwagę, że Pitchfork wybrał sobie na pupilków George’a Clarke’a z kumplami, „Dénouement” może przejść bez echa. Być może teraz, gdy wreszcie milkną dyskusje o „Ordinary Corrupt Human Love”, warto wreszcie się przekonać, jak naprawdę powinna brzmieć tego typu muzyka?

„Dénouement” jest albumem niezwykle ekspresyjnym i dlatego też tak chętnie odwołującym się i czerpiącym z estetyk nastawionych na silne wyrażanie emocji. Poszczególne elementy połączone są z rzadko spotykanym wyczuciem, wręcz klasą, co sprawia, że drugi krążek Kanadyjczyków nie wywołuje niepotrzebnych mdłości ani poczucia zażenowania. Owszem, „Dénouement” to wydawnictwo dość mocno przyprószone cukrem pudrem, nawet w tych pozornie bardziej agresywnych fragmentach, ale mimo wszystko spora ilość słodyczy nie powoduje odruchów wymiotnych. Post-rockowe aranżacje, odwołujące się przy tym do bardziej radosnych odmian tego nurtu, wcale nie gryzą się z partiami wokalnymi stojącymi na styku black metalowego skrzeku i siłowych, typowych dla screamo krzyków. Wydawać by się mogło, że to absurdalne, bardzo często nie sprawdzające się połączenie zawiedzie również i tym razem, jednakże Respire jakimś cudem udało się z niego nawet nie tyle wybrnąć, co przekuć w największy atut swojej muzyki. Być może to kwestia olbrzymiego wyczucia, z jakim Kanadyjczycy budują swoje kompozycje, które nie przeważają wyraźnie ani w jedną, ani w drugą stronę, a może więcej w tym wszystkim szczęścia niż rozumu. O ile udane połączenia screamo z black metalem znamy co najmniej od czasów debiutu Orchid, tak wymieszanie tego z atmosferycznymi pasażami, pełnymi smyczków i instrumentów dętych, wydaje się pomysłem nieco naiwnym… A jednak mimo to na „Dénouement” żaden fragment nie uwiera.band

„Dénouement” pochwalić trzeba także za różnorodność. Mimo poruszania się po estetykach raczej niekoniecznie optymistycznych, nad muzyką Kanadyjczyków unosi się bardzo wyraźna aura nadziei. Weźmy taki „Bloom” – przecież to utwór niezwykle… wiosenny, nawet jeśli jest zaledwie trzyminutową, prostą instrumentalną kompozycją. Dominujące nostalgia i tęsknota nie są jednak nostalgią i tęsknotą beznadziejną, lecz pełną wiary, a wręcz przekonania w lepsze jutro. Słuchając otwierającego „Bound” trudno nie wierzyć chłopakom, że te fajniejsze czasy dopiero nadejdą, nawet jeśli chcą to przekazać za pomocą agresywnych partii wokalnych i świdrujących uszy gitar. Ach, no i oczywiście mnóstwa chwytliwych melodii, o których nie można zapominać. Wszystko to sprawia, że „Dénouement” to album po prostu… ładny. Jest ładny zarówno wtedy, gdy chłopaki skupiają się na delikatnym malowaniu dźwiękiem jak we wspomnianym już „Bloom”, jak i jest ładny, gdy wkurwieni próbują zgnieść słuchacza w końcówce „Catacombs”. W życiu bym się nie spodziewał, że z takim zapałem będę polecał ludziom płytę stojącą na przecięciu hipsterstwa Deafheaven i kucowego romantyzmu spod znaku Alcest. Być może niektórzy „Dénouement” potraktują na zasadzie swoistego guilty pleasure, ale uwierzcie mi, naprawdę nie musicie się wstydzić, że słuchacie Respire. To znaczy kolegom może o tym nie mówcie zbyt głośno, ale w lustro możecie patrzeć bez wstydu.

Michał Fryga

Cztery i pół