RELAPSE – Przegląd całkiem subiektywny

Startujący rok od razu zasypuje nas nowymi wydawnictwami, zatem by nieco przyspieszyć, mały  i co najważniejsze, świeży naleśnik upichcony z kilku płyt. W każdym razie – relapse’owy mix o bardzo różnych odcieniach. Przy okazji płyty Ciphers+Axioms Anatomy of Habit Narzekałem ciutkę na lekkie zagubienie niegdyś mojej ulubionej wytwórni, która w ostatnim roku publikowała zarówno bardzo dobre jak i kompletnie nietrafione płyty. Nadal zdanie podtrzymuję, ale potrafię też przyznać się do tego, że mają nosa i ciągle potrafią wydobyć ze światowej, hałaśliwej magmy rodzynki. Niezłe, całkiem ciekawe a nawet bardzo dobre. Zapraszamy na szybki, tudzież subiektywny przegląd…

BROUGHTON’S RULES   Anechoic Horizon Dziwna płyta. Choć może właśnie dlatego, że dziwna, zwraca na siebie uwagę w zwariowanym stadku Relapse? Na pewno nie jest to muzyka, z jaką ta stajnia się kojarzy. Więcej spokoju, ciszy, medytacji. Takiego sennego, zawieszonego klimatu, z którym bardzo dobrze koresponduje okładka. Z łamańców (w sumie, gdzieś tam w biografii Don Caballero się pojawia…), które rezonowały gdzieś na „Bounty Hunter 1853” pozostało niewiele, ale nie znaczy to, że zespół się nie rozwija, robi to jednak w swoim tempie i zdecydowanie nie – hałaśliwym kierunku. Nowa płyta już zupełnie określa BR jako zespół postrockowy. Zatem klimatu mamy tu na kopy, ciekawostką jest za to duży ukłon w stronę ambientu (12 – minutowy „Anechoic Horizon”) i psychodelii („The Fields of None”). Postrockowe pajęczyny najlepiej wypadają w „Shadows and Light”, zaś miłośnicy bardziej pogiętych brzmień znajdą coś dla siebie w nieco nerwowym „Umbra”, czy flirtującym z dysonansami i lekką awangardą „Insanity Dance”. Mimo zróżnicowania trzeba przyznać, że mamy do czynienia z bardzo przemyślanym, spójnym dziełem, gdzie wszystko trzymane jest w kupie przez oniryczny, hipnotyzujący klimat. Płyta w sam raz na zimową depresję.

CALL OF THE VOID  Ageless Druga dla Relapse płyta punkowych grindowców z Colorado pokazuje zdecydowanie lepsze i bardziej zróżnicowane oblicze zespołu. Podstawą nadal pozostaje syfiasty punk, crust i sludge. Gitarowa magma posiekana jest przez prującą w zawrotnym tempie sekcję, przez co w tych bardziej szalonych momentach robi się wręcz Converge’owo („RIS”) . Trzeba przyznać, że Call of the Void rozwinął warsztat, przefiltrował przez współczesne rozumienie punka, dodał trochę smaczków (np. niemal awangardowe dysonanse w „I”), nagminne blasty skontrastował z nieco transowym mieleniem („Black Ice”) i wszystko opakował w sterylne, ale też bardzo twarde brzmienie. Dodajmy do tego jak zwykle rysowaną okładkę i mamy pełny obraz. Dlaczego ta płyta tak mi się spodobała? Może dlatego, że w kontekście ubiegłorocznych, zupełnie nietrafionych wynalazków Relapse, oscylujących wokół kulawego black metalu i niedorobionego grind/punka, „Ageless” wypada bardzo świeżo i soczyście.unnamed

LORD DYING  Poisoned Altars Powiedzmy to uczciwie – ostatnie lata to prawdziwy rozkwit wszystkiego, co brudne, muliste, bagniste, śmierdzące na milę szatanem, trawką i alkoholem. Zapoczątkowany dawno temu przez Down pochód brodatych, zmurszałych, amerykańskich wieśniaków z początkowej sensacji i kaprysu, stał się pełnoprawną częścią rockowego, rozrywkowego światka, dorobił się wielu apologetów, hochsztaplerów i prawdziwych perełek. Być może nawet zbyt wielu, bo od jakiegoś czasu czuję wyraźny przesyt takim graniem. Lord Dying to stosunkowo młoda załoga, promująca właśnie swój drugi dla Relapse krążek. W zasadzie nie mam zbyt dużo do powiedzenia – wszystko jest tu poukładane wg. znanych i lubianych schematów. Post-sabbath’owy riff zagrany na nisko strojonych, charczących gitarach, stosunkowo prosta sekcja i wydzierany z trzewi ryk wokalisty. Na co zwrócić uwagę – na bardzo fajnie ustawione brzmienie, które zapewnia komfort obcowania z płytą i niezłe, dobrze rozgrywane aranżacje. W paru miejscach pojawia się nawet mały błysk w postaci ciekawszych, lekko złowieszczych zagrywek gitarowych, które wychodzą poza riffowy schemat, ale jako całość, płyta wpisuje się gładko w sam środek brodatego szeregu. Można spróbować, ale nie oczekiwać orgazmu.

RWAKE  Xenoglossalgia: The Last Stage of Awareness Gdyby kolega Cieślak nie zaproponował Kretyna, jako typa na Album Tygodnia, sugerując przy okazji, że w tym dziale przyda się trochę dynamiki, pewnie znalazłby się tam nowy album Rwake. Nie sądziłem, że zespół, parający się latami raczej dość topornym, mało finezyjnym i kurewsko ciężkim sludge może tak ewoluować. Owszem, Rest bardzo mi się podobał, zdradzając coraz większą ochotę na dźwięki grane z rozmachem, jednak nowa płyta to wielkie zaskoczenie, triumf progresji i emanacja szaleństwa w najczystszej postaci. Oczywiście, ociężałe rytmy i błotnisty riff nadal są fundamentem, ale zespół w finezyjny wręcz sposób zaaranżował nowe utwory, zmieszał z tonami sampli, tworząc potworną suitę, w której prym wiedzie szaleństwo, grobowy klimat, złość, strach, podane w rozmaitych odcieniach. Skomplementować muszę sekcję rytmiczną, która cały ten galimatias trzyma za mordę, grając przy okazji nieszablonowo i z pomysłem. Płyta w zasadzie dzieli się na dwie części – pierwsza to kilka całkiem zróżnicowanych (z naciskiem na siedmiominutowy „Or Die”), połączonych ze sobą tematów, zaś druga… no właśnie. To chyba ostatnio charakterystyczny punkt programowy Relpase. Po nowej płycie Inter Arma (nie przekonałem się…) i Anatomy of  Habit, Rwake to kolejny zespół, który na swój krążek wtłoczył monstrualny, 45 – minutowy wałek – „Calibos/So Fucking Tired”. Kompozycję, która gdzieś od połowy przechodzi w – a jakże! – szumiący i zgrzytający drone, do końca płyty wiercący upierdliwie dziurę w głowie. Szczęśliwie, jest to wszystko odpowiednio dosmaczone, eksperymentalnie urozmaicone, że w zasadzie bez specjalnego zmęczenia można dotrwać do końca. Gdyby płyta składała się tylko z rzeczonego numeru, mógłbym domniemywać, że zespołowi zabrakło pomysłów, ale wobec obecności czterech, pozostałych utworów, intro i krótkiego „Interlude”, czuję, że mieli po prostu taką a nie inną „zajawkę”. Tak czy inaczej, nawet jeśli mamy do czynienia z muzyką trudną w odbiorze, jest to płyta godna polecenia i jednocześnie warto podkreślić, że to także pierwszy od jakiegoś czasu krążek sygnowany przez Relapse, który spełnia przyjęte dawno kryterium szokowania słuchacza. W dzisiejszych czasach to trudna sztuka a Rwake prawie się udało. Polecam.

Arek Lerch